..:: o parafii >>>

..:: w Domu Pana >>>

..:: msze święte >>>


..:: zespół caritas >


..:: grupy formacyjne


..:: foto album >>>


..:: ogłoszenia >>>


..:: aktualności >>>


..:: przemyślenia >>>


..:: odeszli od nas >


..:: kontakt >>>


..:: linki >>>

 
   
   
 

..:: Homilie ::..

..:: Rok A >>>

..:: Rok B >>>

..:: Rok C >>>

..:: 2007 >>>

..:: Na różne okazje

..:: Konferencje ascetyczne adresowane do kapłanów >>>

..:: Inne materiały duszpasterskie >>>

 
   
   
 

..:: Homilie ::..

..:: 2006::..

wstecz

   

XV/B NIEDZIELA ZWYKŁA

XVI/B NIEDZIELA ZWYKŁA

PRZEMIENIENIE PAŃSKIE/B

XIX NIEDZIELA ZWYKŁA / ROK B

XX NIEDZIELA ZWYKŁA/B

XXI NIEDZIELA ZWYKŁA

XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA

XXIV NIEDZIELA ZWYKŁA /B

XXVI NIEDZIELA ZWYKŁA / B

XXVIII NIEDZIELA ZWYKŁA

XXX NIEDZIELA ZWYKŁA/B

UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

XXXI NIEDZIELA ZWYKŁA

XXXII NIEDZIELA ZWYKŁA

WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

 

XV/B NIEDZIELA ZWYKŁA

Idźcie i nauczajcie! – taki nakazał pozostawił Pan Jezus Apostołom i ich następcom – biskupom i kapłanom. Kościół nieustannie realizuje to polecenie, nauczając w porę i nie w porę.

Przekazywanie nauki Pana Jezusa wiązało się z ofiarą, którą płacili słudzy Bożego Słowa; nierzadko oddawali życie za głoszoną prawdę.

Boże Słowo umacnia wiarę, rodzi nadzieję i miłość. Słowo Boże pomaga odkryć i zrealizować powołanie. Jednak życie codzienne podsuwa pytanie: Skoro taką moc daje Słowo Boże, dlaczego tego nie widać w codziennym życiu chrześcijan?

Skuteczność Słowa Bożego zależy od dwóch czynników. Pierwszy czynnik to głosiciele Słowa Bożego. Dzięki Bożej łasce, nasza Ojczyzna nie narzeka na braki w zakresie głosicieli Słowa Bożego. Seminaria duchowne w Polsce są pełne tych, którzy słysząc głos powołania, idą, by się przygotować do misji głosicieli Słowa Bożego. Przez sześć lat badają prawdziwość swojego powołania, by w końcu wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności na ów wielki nakaz Chrystusa: „Idźcie i nauczajcie!” Wielu kapłanów stara się dobrze przygotować do głoszenia Słowa Bożego. W większości parafii polskich przynajmniej dwa razy w roku są organizowane rekolekcje lub misje, a wielu kapłanów nawet codziennie głosi Słowo Boże. Można powiedzieć, że Pan Bóg zadbał o to, byśmy mieli wiele możliwości usłyszenia Słowa Bożego.

Pozostaje jednak ten drugi czynnik, sądzę, że równie ważny, a może nawet ważniejszy. Tym czynnikiem jest odbiorca Słowa Bożego, czyli każdy z nas. Pan Jezus jakby przewidział taką sytuację, stąd Jego rada: „Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd, strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”. Bardzo częstym zjawiskiem naszych czasów jest, z jednej strony, niechęć do słuchania, a co za tym idzie – brak owoców słuchania, z drugiej zaś strony, chorobliwy nawyk komentowania tego, czego nie słuchaliśmy. Jakaś paranoja. Jak można komentować to, czego się nie zna? Często spotykamy się z sytuacją, że ktoś, kto nie zna Ewangelii, albo ma wobec niej negatywny stosunek, cytuję poszczególne słowa wyjęte z Ewangelii, by poprzeć swój punkt widzenia.

Drugim zjawiskiem, bardzo smutnym i niebezpiecznym jest pewien, bardzo zły nawyk, polegający na przekonaniu, że my wszystko wiemy i nie musimy słuchać tego, co ktoś do nas mówi. Takie przekonanie ma miejsce szczególnie wtedy, gdy osoba mówiąca jest nam dobrze znana i wydaje się, że nic nowego już nie może powiedzieć. Jednak warto sobie uświadomić, że w wypadku Słowa Bożego, głoszący Je, jest tylko narzędziem – kimś, kto przekazuje naukę Bożą, zawsze nową a zarazem niezmienną.

Cóż mamy robić z tym bagażem nawyków i przyzwyczajeń? Wydaje się, że przede wszystkim musimy spokornieć. Bez pokory nie da się słuchać czegokolwiek i kogokolwiek, a tym bardziej Słowa Bożego. Ludzie, którzy nie słuchają Słowa Bożego, to zwykle chorzy na pychę, przekonani o swojej wielkości i genialności. Wspaniałym przykładem człowieka, który z pokorą umiał słuchać ludzi i Boga, był Jan Paweł II. Ileż jest zdjęć pokazujących papież, który pochyla się i słucha, gdy ktoś do niego mówi. Słuchał z pokorą nawet swego niedoszłego zabójcę podczas historycznego spotkania w więzieniu. Trzeba się nauczyć słuchać. Jeśli nie będę umiał słuchać, to nigdy nie usłyszę tego, co Bóg ma mi do powiedzenia.

W życiorysie świętego proboszcza z Ars, Jana Marii Vianeya, jest taka oto sytuacja. Święty Jan zauważył pewnego wieśniaka, który po Mszy świętej zostawał i długo modlił się. Pewnego dnia, poczekał na owego wieśniaka, a gdy ten wychodził ze świątyni, zapytał go: „Jakubie, co wy tak długo robicie w świątyni po Mszy świętej? A ten odpowiada: Siedzę sobie w ławce i słucham tego, co Bóg ma mi do powiedzenia.” To wspaniały znak dojrzałości w wierze.

By umieć się skupić na słuchaniu, trzeba zdobyć umiejętność opanowania wzroku i innych zmysłów. Kościół zadbał o to, by styl budowanych świątyń ułatwiał skupienie. Są jednak pewne współczesne zjawiska, które zdecydowanie utrudniają skupienie. Jednym z nich jest sposób ubierania się uczestników spotkań liturgicznych. Coraz bardziej daje się zauważyć, że wiele osób, szczególnie młodych, nie potrafi odróżnić plaży od ulicy, a tym bardziej od świątyni. Człowiek poprzez sposób ubierania się daje świadectwo kultury, a w wypadku świątyni – świadectwo wiary i odpowiedzialności za przyjęcie lub nieprzyjęci Słowa Bożego.

Święty Paweł Apostoł, w liście do Efezjan, przypomina nam o wielkiej godności, jaką Bóg nas obdarował: „Bóg nas wybrał, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem”. Prawda o niezwykłej godności, jaką Bóg nas obdarował, jest nam przekazywana przez Dobrą Nowinę. Zatem słuchajmy, byśmy mogli posiąść dziedzictwo życia wiecznego.

x. h.dz.

XVI/B NIEDZIELA ZWYKŁA

Widok pasterza i owiec jest dziś czymś bardzo wyjątkowym. Trzeba pojechać w góry, by zobaczyć taki obrazek.

Wzajemne relacje pasterza i owiec są czymś niezwykłym i zachwycającym. Dobry pasterz otacza wielką troską owce, które ma pod opieką. Ciągle z nimi przebywa, czuwa, by nic złego im się nie przydarzyło. Owca zaś, przywiązują się do pasterza do tego stopnia, że reagują na jego głos i idą za nim. Potrafią odróżnić głos pasterza i kogoś obcego. Pasterz i owce tworzą swoistą całość, jakąś wspólnotę, są zorganizowani i przynoszą dobre owoce.

Natomiast sytuacja owiec bez pasterza jest katastrofalna, Takie stado owiec bez pasterza nie jest w stanie przetrwać, są skazane na zginięcie lub porwanie przez dzikiego wilka.

Sytuacja człowieka w relacji do Pana Boga jest bardzo podobna. Człowiek potrzebuje ustawicznej pomocy i opieki od Pana Boga. Tylko dzięki temu, że Pan Bóg jest blisko człowieka, może on żyć, pracować i walczyć o ostateczne zwycięstwo. Bywają sytuacje, że ludzie, kierując się pragnieniem pozornej wolności, odchodzą od Pana Boga. Doświadczenie pokazuje jak opłakany bywa los tych, którzy odeszli. Wydawało im się, że odchodząc od Pana Boga, będą wolni od krępujących zasad, które Pan Bóg dał ludziom, będą niezależni, a tymczasem wpadli w jarzmo śmiertelnej niewoli i grozi im wielkie niebezpieczeństwo. Licząc na wolność, stali się niewolnikami swoich nałogów i słabości. Mechanizm jest zawsze podobny. Najpierw jest proces odsuwania się od Pana Boga, a następnie wchodzenie na bezdroża samowoli. Powroty bywają zwykle bardzo skomplikowane i trudne. Wiedząc o tym wszystkim, nie chcę odchodzić od Pana Boga - przeciwnie, chcę coraz bardziej jednoczyć się z moim Panem trwać przy nim. Dlatego właśnie psalmista woła: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogą odpocząć, orzeźwia moją duszę”.

Prawdziwym szczęściem jest mieć dobrych pasterzy w życiu. Najpierw dobrych rodziców, potem dobrych wychowawców i nauczycieli, dobrych przyjaciół, dobrych kolegów w pracy. Często się słyszy, że ktoś był dobry dokąd był w domu. Gdy tylko odszedł, zaczęły się problemu. Z czego to wynikło? Czy to tylko kwestia złego otoczenia? Czy może brak tzw. fundamentów, o których mówił nie tak dawno ojciec święty Benedykt XVI podczas spotkania z młodzieżą na Błoniach krakowskich.

W życiu musi być pewna hierarchia wartości: najpierw Pan Bóg, z którego zdaniem trzeba się przede wszystkim liczyć. Potem rodzice i inni, których spotykamy w życiu i którzy wpływają na naszą formację.

Dobrzy pasterze - dobrzy rodzice, to ci, którzy wiodą po właściwych ścieżkach i na najlepsze pastwiska prowadzą.

Mamy wakacje. Trzeba przyznać, że to szczególny czas. Dobrym pasterzem jest ten, kto dobrze zorganizuje wakacje dla swoich dzieci. Przecież nie można puszczać wszystkiego tak po prostu samopas - niech idą gdzie chcą i niech robią co chcą. Czy pomyśleliśmy o najlepszych pastwiskach dla swoich dzieci? A może po prostu chcemy mieć święty spokój od dzieci. Niech się zajmą po swojemu sobą. Nic tylko czekać na skutki.

Jestem pełen uznania i wdzięczności wobec tych rodziców, których dzieci znajdują czas na Mszę świętą w tygodniu. Są takie dziewczynki, które kilka razy w tygodniu są na Eucharystii, pełniąc jednocześnie posługę scholi liturgicznej i uczestnicząc w próbie śpiewu. Są tacy chłopcy, którzy znajdują czas na dyżur ministrancki, a także na obecność poza dyżurem. Są wreszcie dziewczynki i chłopcy, którzy dali Panu Boga czas w wymiarze 15 dniu oazowych. Oni wszyscy zdają się mówić: Pan jest moim Pasterzem, niczego mi nie braknie.

Kochani! Dajmy się prowadzić Panu Bogu na zielone pastwiska, do źródeł wód żywych.

PRZEMIENIENIE PAŃSKIE/B

Apostołowie, którzy mieli szczęście być z Panem Jezusem na górze Tabor, zobaczyli kawałek nieba. Tak bardzo byli szczęśliwi z tego powodu, że nie mieli ochoty wracać do ziemskiej codzienności: „Panie, dobrze nam tu być… zbudujemy trzy namioty…”.

Warto od czasu do czasu oderwać się od ziemskiej rzeczywistości, by zakosztować niebieskich. Warto pomyśleć o niebie, by wiedzieć dokąd dążymy i co jest celem naszego ziemskiego życia.

Pielgrzymi, którzy dzisiaj wyruszają na szlak prowadzący na Jasną Górę, do Matki, będą mieli szansę przez te parę dni jakby zakosztować góry Tabor – będą mogli zobaczyć skrawek nieba. Oczywiście to wszystko zależy tylko od nich samych, czy rzeczywiście będą chcieli na te parę dni otworzyć się na Pana Boga. Można, bowiem być bardzo blisko Boga i Go nie zauważyć. Podobną możliwość mieli uczestnicy rekolekcji oazowych. Przez 15 dni przeżywali również w jakimś sensie górę Tabor. Takie same możliwości dają każde rekolekcje. Jednak dobrze wiemy, że to wszystko zależ od nas samych, czy zdołamy oderwać się od ziemskich rzeczywistości, by otworzyć się na Pana Boga.

Chrześcijanie to tacy ludzie, którzy chodzą po ziemi, zajmują się sprawami ziemskimi, ale nie mieszczą się w wymiarach ziemskich, oni są powołani do zupełnie innej rzeczywistości. Dobrze ukształtowana wiara powinna prowadzić nas do takiego patrzenia na ziemię i sprawy ziemskie, by nieustannie widzieć niebo i nasze powołanie do Królestwa Niebieskiego. Chrześcijanin nie jest w pełni szczęśliwy na ziemi, albowiem jest świadom, że jego pragnienie szczęści zrealizuje się dopiero w niebie.

Trzej apostołowie, którzy byli na górze Tabor, mieli uczucie prawdziwego szczęścia, a jego źródłem była wizja Boga. Prawdziwym źródłem szczęścia jest Bóg i przebywanie z Nim daje maksymalne poczucie szczęścia.

Jeden z filozofów, próbując zdefiniować szczęście, powiedział, że „jest to trwałe i pełne zadowolenie z życia.” W takim rozumieniu, osiągnięcie szczęścia w wymiarach ziemskiego życia jest niemożliwe, ponieważ ten świat jest mieszaniną szczęścia i nieszczęścia, radości i smutku, cierpienia i zdrowia. Tymczasem patrząc na naszą codzienność, ma się wrażenie, że współczesny człowiek, goniąc za szczęściem w wymiarze ziemskim, niejednokrotnie zachowuje się jak dziecko. Niewiele potrzeba dziecku, by miało poczucie szczęścia. Czasem wystarczy mały samochodzik na plastikowych kółkach i już dziecko ma poczucie szczęścia. W miarę upływu lat, bariera, od której dziecko ma poczucie szczęścia, nieco podwyższa się. Już nie wystarczy plastikowy samochodzik, potrzebny jest rower, a po jakimś czasie komputer i wreszcie prawdziwy samochód, na prawdziwych kółkach, z odpowiednią ilości koni mechanicznych. A gdy to nie wystarczy, pozostaje narkotyk, który przenosi w krainę iluzji i nierealnej rzeczywistości.

Człowiek zawsze będzie gonił za szczęściem, bo jego pragnienie jest wpisane w naszą naturę. Wiara podpowiada nam kierunek pogoni za szczęściem. Niektórzy ludzie, chcąc to pragnienie zrealizować wstępują do zgromadzenia zakonnego lub do seminarium duchownego, by w warunkach służby dla Pana gonić za szczęściem. Inni z tego samego powodu zakładają rodziny, rodzą dzieci i służąc sobie wzajemnie realizują Boży plan zbawienia, czyli szczęścia. Na każdej drodze jest możliwe osiągnięcie szczęści, o ile udało nam się odkryć powołanie zadane nam przez Pana Boga. Ci ludzie, nawet, jeśli co krok spotykają się z cierpieniem, mają poczucie bycia szczęśliwym, a myśl o przyszłym, pełnym szczęściu, daje im siłę do codziennego życia.

Jeśli miałbym dać jakąś receptę na życie, to przychodzi mi na myśl tylko jedno stwierdzenie: Staraj się być zawsze blisko Pana Boga, a wówczas będziesz miał poczucie szczęścia, i nawet, jeśli spotykają cię w życiu różne braki i nieszczęścia, to nie są one w stanie zakłócić radosnego pielgrzymowania do niebieskiego szczęścia. W Domu Ojca będziemy mieli zbudowany namiot i już nie będzie nam się chciało wracać na ziemię.

XIX NIEDZIELA ZWYKŁA / ROK B

„Bóg jest dobry!” – to najpiękniejsze określenie Pana Boga. Dobroć Pana Boga względem człowieka przejawia się na różne sposoby. Stary Testament przytacza wiele przykładów świadczących o dobroci Pana Boga. Stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, dał mu wszystko, co konieczne, aby był szczęśliwy, a gdy ten zgrzeszył, nie pozostawił go Bóg na pastwę losu, ale przyszedł mu z pomocą. Przykładów świadczących o dobroci Pana Boga, przynosi historia Narodu Wybranego. Bóg opiekuje się Narodem Wybranym, gdy ten wędruję do Ziemi Obiecanej. Wielokrotnie upomina go, gdy ten błądzi, walczy za niego i prowadzi do Ziemi mlekiem i miodem płynącej.

Pierwsze dzisiejsze czytanie pokazuje sytuacje, w jakiej znalazł się prorok Eliasz. Gdy był już u kresu sił, gotów umrzeć, Bóg przywraca mu siły karmiąc go cudownym pokarmem, po którym mógł wyruszyć w dalszą drogę.

Najpiękniejszym przejawem dobroci Pana Boga jest Eucharystia. „Ja jestem Chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten Chleb, będzie żył na wieki”. Bóg stał się Chlebem, który daje nam siły duchowe, ale również fizyczne.

W dzisiejszym drugim czytaniu, święty Paweł Apostoł w liście do Efezjan napisał: „Bądźcie więc naśladowcami Boga jako dzieci umiłowane i postępujcie drogą miłości, bo i Chrystus was umiłował i samego siebie wydał za nas w ofierze i dani na wdzięczną wonność Bogu”.

Naśladować Pana Boga w Jego dobroci. To jest cel i zadanie dla nas chrześcijan.

Chrześcijanin to człowiek dobry. Jak to rozumieć?

W życiu codziennym dobrocią nazywamy sposób postępowania wypływający z miłości, polegający na życzliwości i przychylności wobec innych. Mówi się o człowieku, że jest dobry, bo umie zawsze obdarowywać otoczenie życzliwym słowem, uśmiechem, okazać dyskretną pomoc. Ludzka dobroć ma swoje źródło w normach moralnych, które pozostawił nam Pan Jezus, a szczególnie w przykazaniu miłości. Dobry człowiek to taki, który prawdziwie kocha Boga i ludzi. Taki człowiek w sensie moralnym jest naprawdę dobry także wtedy, kiedy inni ludzie nie potrafią tego właściwie docenić. Człowiek zachowujący przykazania, kierujący się miłością zawsze jest obiektywnie dobry. Tę dobroć zawsze widzi i docenia Bóg.

Wzorem dobroci jest sam Bóg, który jest dobry w najwyższym stopniu. Działanie Boże wobec nas stanowi zawsze przejaw Jego dobroci, wypływa z bezinteresownej miłości i ma na uwadze wyłącznie nasze wieczne dobro.

Z pewnością tak rozumieli pierwsi chrześcijanie swoje zadania i najbardziej podstawowe zobowiązanie, jakie przekazał Jezus Chrystus. Oni byli dobrze dla siebie i dla innych ludzi. Zresztą, trzeba przyznać, że tą dobrocią przyciągali do siebie coraz to większe rzesze pogan. Często mówiono: „Zobaczcie, jak oni się miłują”.

W miarę upływu lat, coraz bardziej stępiało ostrze dobroci chrześcijańskiej, odchodząc w ten sposób od podstawowej zasady Ewangelii. Zawsze jednak tu i ówdzie pojawiali się wielcy naśladowcy dobroci Pana Boga. Przykładem może być niewątpliwie Matka Teresa z Kalkuty, która pokazała jak w praktyce i w rzeczywistości XX wieku powinna wyglądać realizacja chrześcijańskiej dobroci. Innym, bardzo dobrym przykładem dobroci jest święty Brat Albert Chmielowski, którego dewizą życiową było zdanie: „Chcę być dobrym jak chleb” W imię tejże dobroci organizował przytuliska dla bezdomnych i chorych, a później schroniska, które dziś pod jego imieniem są rozsiane po całej Polsce i świecie.

Co dla nas, zwykłych zjadaczy chleba codziennego, może i powinna oznaczać dobroć?

Żyjemy w świecie wielkich podziałów i nierówności. Jedni przymierają głodem, a inni opływający we wszystko, najedzenie i zażywający najróżniejszych przyjemności. Dziwne jest to, że jedni i drudzy, nazywają się chrześcijanami. W świecie chrześcijańskim dzieją się najróżniejsze rzeczy, które nawet w najbardziej pesymistycznym myśleniu pierwszych chrześcijan się pewnie nie pojawiały. W tym samym czasie umierają ludzie z powodu niedożywienia, a inżynierowie bogatych mocarstw opracowują coraz to nowocześniejsze rozwiązania służące zabijaniu ludzi. Jedni i drudzy są chrześcijanami.

Działające w różnych parafiach Zespoły Caritas, również w naszej, z wielkim trudem zbierają złotówki na zorganizowanie żywności dla przymierających głodem, albo na kilka dni wakacji dla biedniejszych dzieci, a bogaci chrześcijanie myślą o zakupie nowocześniejszego samochodu. Ks. Mirosław Bujak, misjonarz z Afryki, który przed rokiem gościł w naszej parafii, przysłał niedawno podziękowanie dla naszego Zespołu Caritas za wysyłane pieniądze na dzieci afrykańskie. Pisze, że dzięki tym ofiarom kilkoro dzieci będzie mogło dalej się uczyć w szkole podstawowej. Kilkakrotnie proponowałem wielu osobom włączenie się do pracy w Caritas – niestety bez echa.

Czym ma być chrześcijańska dobroć? Gestem niedzielnego znaku pokoju podczas Eucharystii? Wypiciem kawy z przyjaciółmi?

A może należałoby się rozejrzeć wokół siebie i pomyśleć, w jaki sposób włączyć się w misję dobroci. To jest nasze powołanie: „Być dobrym jak chleb”. „Bądźcie naśladowcami Boga…”.

XX Niedziela Zwykła

Dobry Bóg, słowami autora pierwszego dzisiejszego czytania, z Księgi Przysłów, zaprasza nas, abyśmy napełnili się mądrością, która zbudowała sobie dom i wyciosała siedem kolumn.

Niewątpliwie źródłem owej mądrości jest Duch Święty, który udziela nam łaski siedmiorakich darów. To owe dary dają nam gwarancję udziału w uczcie, którą przygotował Pan.

Z kolei, w Ewangelii dzisiejszej, Pan Jezus wskazuje na źródło mocy, która pozwala pielgrzymować do Królestwa światła i życia, a także trwać w mądrości Ducha Świętego.

Warto zwrócić uwagę na zdecydowaną różnicę mądrości tego świata i mądrość Bożą, do której dziś się zachęcamy.

Podstawowa różnica polega na tym, że mądrość tego świata kieruje nas wzrok ku rzeczom materialnym, mądrość zaś, Boża, daje nadzieję na przyszłą radość w Królestwie Niebieskim. Mądrość tego świata jest krótkowzroczna, zadawala się krótkotrwałym zadowoleniem i nie wybiega ku przyszłości. W związku z tym, trzeba stwierdzić jednoznacznie, że kierowanie się mądrością tylko ludzką jest oszukiwaniem samego siebie, jest kłamliwe.

Klasyczną ilustracją skutków kierowania się mądrością tego świata jest przypowieść o bogaczu i łazarzu. Bogacz, żyjąc na tym świecie opływał we wszystkie możliwe dobra. Gdy umarł i został pogrzebany, znalazł się w miejscu pełnym cierpienia, łazarz zaś, doznawał teraz szczęścia. Bogacz, żaląc się na swój los, usłyszał odpowiedź, że przecież w okresie życia ziemskiego już zaznawał szczęścia, a łazarz przeciwnie, teraz jest odwrotnie.

Samo życie podpowiada nam, jak krótkotrwałe i niemożliwe, by zaspokoić człowieka, są dobra tego świata. One przeminą wraz z tym życiem. Prawdziwe dobro i szczęście, za którym człowiek tęskni, jest nie na tym świecie.

Czym jest mądrość Boża? Jest niewątpliwie owocem współpracy człowieka z bogactwem siedmiu darów Ducha Świętego: dar mądrości, rozumu, rady, męstwa, bojaźni Bożej, pobożności, umiejętności (wiedzy). One nam pozwalają wybierać dobro a odrzucać zło.

Człowiek mądry, kierujący się mądrością Bożą będzie się zastanawiał, w jaki sposób spełnić wolę Pana Boga w codziennym życiu. Tymczasem człowiek kierujący się mądrością tylko ziemską będzie wszędzie szukał zaspokojenia swoich własnych ambicji i przyjemności. Dla człowieka mądrego w znaczeniu ziemskim, nie ma problemu oszukać kilku ludzi, jeśli to mu się opłaci, albo nie ma problemu opuścić niedzielną Mszę świętą, jeśli tego wymaga interes i możliwość zysku. Mądrość Boża podpowiada, że lepiej stracić, byleby zyskać o wiele więcej w przyszłości. Ludzie kierujący się mądrością ziemską łatwo wpadają w rozpacz i załamanie, gdy zawiodą ich ziemskie wartości.

Przepięknym przykładem kierowania się mądrością Bożą jest młoda dziewczyna, która w wyniku niefortunnego skoku do wody złamała sobie kark. Wszystko się nagle zawaliło, myślała, że to już koniec. Jej historię opowiada film, w którym ona sama gra własną rolę. Po jakimś czasie przykuta do łóżka, opuszczona przez ukochanego chłopaka, woła zrozpaczona do Boga: Dlaczego pozwoliłeś na to wszystko? Dlaczego nie zmieniłeś na tę chwilę prawa grawitacji? Teraz zostałeś mi tylko Ty. Niebawem zrozumiała, że Bóg dał jej nowe zadanie. Mądrość Boża podpowiedziała jej, że jej zadaniem jest dawać ludziom nadzieję, a każdy dzień jest darem Pana Boga. Gdyby kierowała się tylko ludzką mądrością, to dla niej i dla wszystkich, którym się coś nie udało, już nie ma nadziei. Jednak nadzieja jest, nawet w najbardziej dramatycznej sytuacji, bo Bóg jest nadzieją.

Warto kierować się w życiu mądrością Bożą, bo ona jest pełna nadziei; ona nie zawodzi i nie okłamuje.

A jak jest w twoim życiu?

XXI NIEDZIELA ZWYKŁA – MOJA WIARA?

W pierwszym zdaniu dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus wskazuje na swoje Ciało, jako Pokarm konieczny do zbawienia.

Wielu słuchaczy przyjęło te słowa z oburzeniem, wielu nawet odeszło mówiąc: „Trudna jest ta mowa. Któż jej zdoła słuchać”.

Czy i wy chcecie odejść? - zapytał Pan Jezus Apostołów. Co was tak zniechęciło? Trudna nauka o Eucharystii? Wymagania jakie stawiam? Czyżbyście nie wierzyli, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych?

„Panie, do kogóż pójdziemy, Ty masz słowa życia wiecznego!” – odpowiada Piotr.

Niebawem Piotr i inni apostołowie mieli się przekonać, że nie jest łatwo pozostać przy Chrystusie. Przyszły prześladowania, cierpienia znoszone dla Chrystusa i męczeńska śmierć. Chrześcijaństwo nie proponuje łatwizny. Przeciwnie, doświadczanie wiary bywa bardzo bolesne i wymagające.

Chrystus nieustannie stawia pytanie: „Czy i wy odejść chcecie?” Jedni odchodzili, nie mogąc udźwignąć ciężaru wymagań stawianych przez Chrystusa, inni, szukając po omacku innych dróg, wracali, i podobnie jak Piotr, odpowiadali: „Nie mamy dokąd pójść, Ty masz słowa życia wiecznego”.

Dziś, podobnie jak przez wiekami, Chrystus stawia pytanie nam, pokoleniu Jana Pawła II: „Czy i wy odejść chcecie?” Niektórzy odchodzą, ale inni wierzą głębiej i w sposób niezwykle bogaty trwają przy Chrystusie, uznając Go za swego Pana i Zbawiciela.

Problem wiary dzisiejszego społeczeństwa jest ciągle badany i analizowany. Ludzi, którzy deklarują się jako wierzący, podzieliłbym na cztery grupy. Jedną z nich stanowią ci, dla których wiara rozpoczyna się na chrzcie świętym, później były inne sakramenty, chodzą nieraz do kościoła, jednak nie czynią nic, by swoją wiarę umacniać.

Niestety jest to dosyć duża grupa ludzi wierzących. Inną grupę stanowią ludzie, którzy wiarę traktują jako osobistą sprawę i nie chcą, aby ktokolwiek wtrącał się w ich życie. Wymaganie, jakie stawia Kościół odrzucają, praktyk religijnych nie realizują w ogóle, twierdząc, że oni w Pana Boga wierzą, ale nie muszą słuchać tego, co mówi jakiś kapłan, a nawet Ojciec święty. Zwykle, życie tych ludzi zupełnie rozmija się z wymaganiami stawianymi przez Chrystusa. Przyczyną takiej postawy jest w gruncie rzeczy ten sam problem, który mieli słuchacze Jezusa, twierdząc, iż trudna jest ta mowa, któż jej może słuchać.

Są też ludzie szukający. Czasem ich start życiowy był na tyle skomplikowany, że nie udało im się spotkać z Panem Bogiem. Ciągle Go szukając. Chwytają się różnych możliwości, czasem wchodzą na drogę sekty, licząc, że tam znajdą dla siebie miejsce. Święty Augustyn zdaje się podpowiadać: ”Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu.”

Wreszcie trzecią grupę stanowią ci, którzy starają się ciągle pogłębiać swoją wiarę. Pełno ich wszędzie tam, gdzie Kościół coś robi. Są w grupach charytatywnych we wspólnotach formacyjnych. Oni często biorą do rąk Pismo święte, czytają i za wszelką cenę chcą kierować się Ewangelią. Oni po prostu wiedzą, że nikt nie ma lepszej drogi życia niż ta, którą zaproponował Chrystus. Nie jest im łatwo żyć. Bywają ośmieszani przez współczesne „oświeceniowe i liberalne” środowiska. Posądza się ich o staroświeckość i dewocje, ale oni wiedzą, dzięki wsparciu łaski Bożej, że idą najlepszą drogą.

Z takich ludzi cieszy się Jan Paweł II, patrząc z okna w Domu Ojca. Oni są nadzieją na przyszłość. To nie są ludzie tchórzliwi. Przeciwnie – mają w sobie tyle odwagi, by stawiać czoła wszelkim przeciwnościom.

Dzięki Bogu za autentycznych chrześcijan. Oby ich szeregi się powiększały, a wówczas nasze serca napełnią się nadzieją.

A ty, bracie i siostro, jakim jesteś?

XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA – OTWÓRZ SIĘ!

Większość ludzi przychodzi na świat z pełną sprawnością ciała. Widzą i słyszą, rozróżniają zapachy i czują ciepło dotyku - jednym słowem postrzegają świat wszystkimi zmysłami jakie Stwórca dał do dyspozycji człowieka. Są jednak tacy ludzie, którzy już na samym początku, od urodzenia, są pozbawieni jakiegoś zmysłu. Zdrowy człowiek nawet sobie nie wyobraża, że można żyć nie znając koloru kwiatów i całego bogactwa świata barw. Nie wyobrażamy sobie, że można żyć w świecie wszechogarniającej ciszy, usiłując sobie wyobrazić dźwięk ludzkiego głosy. Czasem ludzie zdrowi traktują tych, którzy są pozbawieni jakiegoś zmysłu, w sposób bardzo niehumanitarny, spychając ich na margines życia. Pracodawcy nie chcą ich zatrudniać, bo są mniej wydajni i kłopotliwi. Czasem się użalamy nad ich losem. Większość tych ludzi nie oczekuje specjalnych przywilejów, chcą tylko odrobiny serca i szacunku. Bo przecież oni sami w niczym nie zawinili, że tacy są. Myślę, że ludzie w pełni sprawni, normalni – jak ich się nazywa, mogliby się bardzo wiele nauczyć od tych, którzy są ubożsi pod względem ciała. Pozbawieni wzroku, czy też słuchu, potrafią „widzieć” to, czego nie widzą ludzie zdrowi, pełnosprawni.

Mając cudowną władzę wzroku i w pełni sprawnego słuchu, nie widzimy ludzkich potrzeb, nie słyszymy wołania o pomoc. Głusi i niewidomi, zadawalamy się swoim egoistycznym światem, zamykamy uszy, by nie słyszeć wołania ludzkiego serca. Ktoś powie, że to nieprawda, bo umiemy włączać się w akcje charytatywne, a na początku roku Owsiak robi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy – to chyba o czymś świadczy. Owszem to prawda. Ale przecież jest w tym bardzo wiele egoizmu, bo zaraz napiszą o tym w gazetach, będą o tym bębnić w telewizji, a ci niby wielcy społecznicy urosną do rangi bohaterów, wychodzących przed Pana Boga.

Jezus zaś, prosił uzdrowionego, by nikomu o tym nie mówił.

O, Boże, powiedz do mnie „Effatha” i otwórz mnie, daj mi wrażliwy wzrok serca, bym widział drugiego człowieka i usłyszał jego wołanie o pomoc.

„Effatha” – otwórz się, by spotkać Pana Boga. Sprawne oczy i słuch nie wystarczą, by nawiązań łączność z Panem Bogiem. Potrzeba „wzroku duchowego”, bo Bóg przychodzi do mojego wewnętrznego „Ja”. Fizyczne zmysły mogą utrudnić spotkanie z Panem Bogiem, a nawet oderwać nas od Tego, który jest w nas. Współcześni ludzie, szczególnie młodzi, bywają bardzo rozproszeni, porozrywani zewnętrznie, a co za tym idzie – również wewnętrznie. Trudno uzyskać skupienie i opanowanie zmysłów. Potężna ilość muzycznych decybeli, ruch ciała i rozbudzone zmysły, czynią człowieka maszyną, wypłukaną z duchowości.

„Effatha!” Pomóż mi, Panie, otworzyć się na Twoją Ewangelię i prawdę w niej zawartą. Ludzie lubią sobie wybierać wygodne prawdy. Czasem dochodzi do takich nonsensów, że ktoś mówi: „Wierzę w Chrystusa, ale nie słucham tego, co mówią księża.” Tymczasem księża mówią zwykle to, co powiedziałby Chrystus. Współcześni ludzie lubią wartościować według własnych potrzeb. Te wartości, które są niewygodna dla aktualnej sytuacji życiowej - choćby były fundamentalne dla chrześcijaństwa, łatwo odrzucają, by mieć wrażenie świętego spokoju. Ale jak tu mieć spokój skoro swoim życiem zaprzeczam Ewangelii?

Otwórz, Panie mój słuch i mój wzrok, bym dzisiaj spotkał Cię i usłyszał Twoje słowo.

Takie spotkanie ja to, wokół Eucharystycznego Stołu, jest propozycją płynącą od Pana Boga, by się zatrzymać i otworzyć.

Pomyślmy, ile mieliśmy okazji, by usłyszeć Boże Słowo. Wakacyjna oaza i każe tego typu spotkanie, są zaproszeniem do otwarcia się na Pana Boga.

Niebawem pragnę wyjść z inicjatywą skierowaną do małżonków, by ich zaprosić do utworzenia nowego Kręgu Rodzin - Domowy Kościół.

Skieruję także zaproszenie do przedstawicieli różnych grup wiekowych, by włączyli się do grupy, którą można wstępnie określić jako „Wspólnota Posługi Słowa Bożego”.

Panie, otwórz nasze serca na Twój głos, byśmy zdołali usłyszeć i powiedzieć; „Idę, Panie!” xhdz.

XXIV NIEDZIELA ZWYKŁA /B

Od lat stajemy wobec pytania, które postawił Jezus Chrystus Apostołom: „Za kogo wy mnie uważacie?”

Dobrze wiemy, że w tym pytaniu, postawionym wówczas apostołom, a dziś nam - współczesnym chrześcijanom, chodzi o wiarę. Apostołowie uwierzyli Jezusowi. Poszli za Nim, zostawiając swoje rodziny, zajęcia i dotychczasowe wizje przyszłości. Poszli za Jezusem, ponieważ w Nim widzieli swego Pana i Zbawiciela. Jednak nie przypuszczali jak wielkiej próbie będzie niebawem poddana ich wiara. Przekonał się o tym Piotr, którego po trzykroć pytano o wiarę w Jezusa, a on po trzykroć zdradzał swego Mistrz mówiąc: „Nie znam tego człowieka”. Potem przyszedł czas szczerego żalu, po którym Piotr już nigdy nie zaparł się Pana. Wszyscy apostołowie, na czele z Piotrem, dali piękne świadectwo swojej wiary. Dla apostołów wierzyć znaczyło tyle samo, co postawić Jezusa na pierwszym miejscu w swoim życiu, iść drogą Jego Ewangelii i wytrwać przy niej do końca.

Chcąc oceniać postawę dzisiejszych chrześnic wobec pytania: „Za kogo wy mnie uważacie”, przez chwilę przyjrzyjmy się naszej rodzinie parafialnej. Niemało pośród nas wspaniałych ludzi, dla których Chrystus jest Panem. Można ich spotkać często na Eucharystii. Oni nie czekają na niedzielę, by przyjść na Mszę świętą, często można ich spotkać w zwykłym dniu tygodnia. Oni liczą się z Panem Bogiem, słuchają Jego Ewangelii i starają się wpisywać jej zasady do swego życia. Wielu z nich pragnie pogłębiać swoją wiedzę religijną, a także osobistą więź z Panem Bogiem i gdy tylko nadarzy się okazja, włączają się w każde dzieło, które do tego prowadzi. Oni nigdy nie zawiedli, zawsze można na nich liczyć. Wierzę mocno, że tak będzie zawsze. Chrystus mówi do nich: „Wy jesteście przyjaciółmi moimi”.

Jednak jestem świadom, a myślę, że większość podzieli tę świadomość, że jest wielu mieszkańców naszej wspólnoty parafialnej, dla których wiara jest jedynie nic nieznaczącym dodatkiem, a nawet pewnym utrudnieniem. Nie mogąc sprostać wymaganiom wiary, o których mówił święty Jakub w dzisiejszym drugim czytaniu, iż „wiara bez uczynków martwa jest”, odrzucają wymogi etyki chrześcijańskiej, krytykując wszystko, co się wiąże z Kościołem. Nawet powiedziałbym, że jest pewna moda na taką postawę, zresztą sprytnie kreowaną przez media. Boją się szczególnie o młode pokolenie naszej parafii. Rodzice, nie widząc efektów swego wychowania, zostawiło ich samopas, a oni w pełni uprawiają „samowolkę”. Edukację religijną zakończyli na poziomie gimnazjum, zresztą nie przykładając się nigdy osobiście do zdobywania wiedzy religijnej. Teraz dla pozorów i tzw. „świętego spokoju” przychodzą pod ogrodzenie kościelne i nigdy nie wchodzą do środka świątyni. Jeszcze inni, co jest niezwykle oburzające, podjeżdżają pod plac kościelny i siedzą w samochodzie, rozmawiając i paląc papierosy. Chciałbym powiedzieć takim zagubionym i smutnym osobom, że im współczuję. Ludzie autentycznie wierzący mają sens i cel swego życia. Dzięki temu ich życie jest pełne nadziei i miłości. Umieją szanować swoją godność, a swój los mają w swym ręku. Dlatego raz jeszcze powtarzam, że współczuję ludziom, którzy nie mają fundamentu wiary. Współczuję z powodu tego ostatecznego spotkania się z Prawdą, którą jest Bóg. Jeśli mnie teraz słyszysz, bo masz okienko samochodu uchylone, to zapamiętaj: Nie jesteś dziś na Mszy świętej! Święty Jan Chrzciciel powiedziałby w takim momencie: „Już siekiera do korzeni jest przyłożona. Każde drzewo, które nie przynosi owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone”. Dziwię się tylko rodzicom takich młodych ludzi, bo nie wierzę, aby nie wiedzieli o takich incydentach.

Wiara, podobnie jak każda inna wartość umysłu i serca, wymaga stałej pracy. Piękny kwiat, jeśli nie będzie systematycznie podlewany, pewnego dnia straci swoje piękno i uschnie. By nie uschła wiara trzeba ją pielęgnować.

Wszyscy ludzie wiary i dobrej woli, którzy wiedzą, że wszystko otrzymujemy z ręki Pana Boga, mają okazję, by dziś, podczas uroczystości dożynkowej, wyrazić wdzięczność wobec dobroci i miłości Pana Boga, naszego Ojca. Chcemy wyśpiewać hymn uwielbienia wobec Ojca dającego życie i codzienny pokarm. xdzh.

 

XXVI NIEDZIELA ZWYKŁA / B

Grzech jest doświadczeniem, z którym człowiek musi nieustannie się zmierzać. Świadomość tego faktu nie powinna nas jednak przygnębiać, ale przeciwnie - znając sytuacje, z jaką mamy do czynienia - musimy każdego dnia dokonywać wyborów. Grzech jest niewątpliwie wrodzoną chorobą, z jaką przychodzimy na świat. Niebieski Lekarz, który złożył siebie n ołtarzu krzyża towarzyszy nam w tej codziennej walce z grzechem. Sam przecież mówił, że nie przyszedł do sprawiedliwych, ale do grzeszników. Przyszedł w tym celu, by podać grzesznikowi rękę. Ale pod pewnym warunkiem. Trzeba wyciągnąć swoją rękę w kierunku Jezusa. Przykład takiej postawy dał nam tzw. Doby łotr, który miał świadomość licznych grzechów, a jednocześnie wiarę, że Jezus, choć znajduje się w podobnej sytuacji jak on, jednak może mu pomóc.

Pan Jezus stoczył bój o nasze zwycięstwo nad grzechem. Stało się to na Golgocie, gdy wołał: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą co czynią!” Teraz kolej na mnie. Ja muszę stoczyć bezkompromisowy bój o ostateczne zwycięstwo nad grzechem. Czy jest to możliwe? Owszem, możliwe, o ile bardzo tego chcemy.

Od czego zacząć? Wyobraźmy sobie, że odczuwamy ból w klatce piersiowej i udajemy się do lekarza. Lekarz ustala diagnozę: problemy z płucami. A my pytamy o przyczynę naszej choroby, a potem słuchamy poleceń, które mają nam pomóc. Przyczyną są papierosy. Lekarz mówi: „Żaden organizm nie wytrzyma takiego znęcania się nad nim. Czy jest ratunek? Owszem, bezwzględny zakaz palenia – z tym trzeba zerwać, jeśli chce się jeszcze troszkę pożyć. Teraz przychodzi czas na walkę ze sobą, ze swoim nałogiem i przyzwyczajeniami.

Podobna sytuacja jest z każdym grzechem, który jest skutkiem osłabienia naszej natury. Trzeba się odciąć od tego, co prowadzi bezpośrednio do grzechu.

Znany nam pisarz, a zarazem profesor wyższej uczelni, który zajmuje się uzależnieniami, sam opowiadał o sobie jako człowieku uzależnionym od alkoholu. On wie, że jest alkoholikiem i dlatego obecnie nie używa alkoholu. Pewnego razu, będąc w Stanach Zjednoczonych, po kolejnym upiciu się na tzw. „trupa”, dowiedział się od lekarza, że jego wątroba jest już w stanie kompletnego zniszczenia i pozostało mu dwa, no może trzy, miesiące życia. A kiedy ze zdziwieniem i niedowierzaniem pyta, czy tak rzeczywiście z nim źle, słyszy obojętne i kpiące słowa lekarza: „No, wie pan, ja tu już nic nie poradzę, ale to nic nadzwyczajnego, że kolejny alkoholik umiera – tulu ludzi umiera.” Alkoholik pyta lekarza czy jednak coś można jeszcze zrobić. Lekarz mówi, że medycyna nic już nie może zrobić, jedynie on sam. Wątroba ma możliwość regeneracji, ale wszystko zależy od niego samego. Wrócił do domu i myśli: Jeżeli ode mnie zależy moje życie lub śmierć, to ja chcę żyć. Odciął się od źródła choroby. Usunął alkohol ze swego życia. Żyję dalej. Wciąż jest alkoholikiem, który odciął się od alkoholu i nieustannie musi teraz czuwać nad sobą, by wpaść w sidła prowadzące do śmierci.

Każdy grzech jest zagrożenia dla naszego życia wiecznego. Nie można lekceważyć takiego zagrożenia. Najbardziej przerażające jest to, że jeden drugiego może prowadzić do grzechu; jeden drugiego naraża na śmierć. Takiemu „byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi wrzucić go w morze”.

Aż strach pomyśleć, że np. ojciec, który ma chronić swoje dziecko przed zgubą grzechu, czy matka, albo inna osoba, która powinna się troszczyć o dobre wychowanie i obronę przed złem, może być powodem grzechu.

My bardzo często w sposób beztroski dajemy zgorszenie innym, w tym również swoim dzieciom, i nie czujemy w sumieniu odpowiedzialności za zło, które rozsiewamy.

Bardzo smutnym, i niestety dość powszechnym zjawiskiem, jest przewaga w promowaniu zła, a zupełny brak promocji dobra. Przecież tego dobra jest tak wiele wokół nas. Przecież wokół nas jest tak wielu ludzi szczerych i uczciwych, podających kubek wody do picia innym, ale o nich cisza, nic się nie mówi, bo to nie jest sensacyjne, nie warte zainteresowania mediów. Tylu wspaniałych kapłanów od świtu do nocy poświęca się pracy wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, ale o nich się też nie mówi, bo po co. Lepiej powiedzieć o jakimś księdzu, który nie zapanował nad swoją słabością.

Ostatnio, przy okazji obchodów 35. rocznicy Ruchu Światło-Życie w naszej diecezji spotkałem ks. Jana Mikosa, którego pamiętamy z rekolekcji. Ma w tej chwili 75 lat, prowadzi schronisko dla bezdomnych im. Brata Alberta i buduje nowy dom, by pomieścić wszystkich, którzy się zgłaszają. On był zawsze taki. Ale o tym też niewiele się mówi. Nie ma też pieniędzy na wsparcie tego dzieła.

Tymczasem, bodaj jedynym i umiłowanym zajęciem ludzi prasy, radia i telewizji jest szukaniem zła, skandalu, przykładów okrucieństwa itd. Członkowie różnych partii nie umieją z sobą rozmawiać i nie potrafią zobaczyć żadnego dobra w przeciwniku politycznym, jedyne czym się zajmują to szukaniem sposobów, by innym podłożyć nogę i jeszcze nagrać przykłady zła. Zagubiło się gdzieś dobro naszej Ojczyzny. Nie rozmawia się o tym, jak rządzić Polską, a tych, którzy próbują coś naprawić, krytykuje się na każdym kroku. Strasznie dużo hipokryzji i amnezji historycznej. Kilka lat kalectwa w rządzeniu już zostało zapomniane przez ludzi danego systemu komunistycznego i teraz biorą się za krytykę tych, którzy próbują przywrócić wszystko na swoje miejsce.

Wszyscy jesteśmy chrześcijanami i nie powinniśmy zapominać o naszych zobowiązaniach wynikających z wiary świętej. Nie wolno nam zapominać o ewangelicznym kubku wody wzajemnie sobie podawanym, o dobroci i łagodności i o wzajemnej pomocy.

XXVIII NIEDZIELA ZWYKŁA

„Modliłem się i dano mi zrozumienie, przyzywałem, i przyszedł na mnie duch Mądrości”.

To słowa wyjęte z pierwszego dzisiejszego czytania, z Księgi Mądrości.

Autor tych słów, a także następnych, ukazuje wyższość owego ducha Mądrości nad wszelkie bogactwa tej ziemi.

Cóż to za mądrość, stojąca wyżej niż dobra tego świata, za którymi ludzie tak gonią? Mądrość w rozumieniu współczesnej ekonomii wiąże się z umiejętnością dokonywania takich zabiegów, które przyniosą jak najwięcej właśnie dóbr materialnych. Im więcej masz, tym bardziej będziesz ceniony i nazywany mądrym.

Tymczasem, dla autora Księgi Mądrości, dobra zdobyte na drodze mądrości ludzkiej, są piskiem i błotem. Nie mają żadnej wartości i nie przynoszą człowiekowi szczęścia.

Zapytano kiedyś pewnego bardzo bogatego człowieka: pan zapewne musi być bardzo szczęśliwy, ma pan wszystko, może pan zmieniać kobiety jak rękawiczki, ma pan własny samolot i wiele innych rzeczy? I jego odpowiedź: Nigdy nie byłem szczęśliwy, nawet przez sekundę nie miałem poczucia szczęścia.

Gdzie leży owa mądrość ducha, dająca poczucie szczęścia i zadowolenia w życiu, a co najważniejsze: dająca gwarancje zbawienia, czyli ostatecznego szczęścia?

Ewangeliczny młodzieniec też miał taki problem. „Nauczycielu, co mam czynić, by osiągnąć życie wieczne?” Tak naprawdę ów młodzieniec pytał o ducha Mądrości, albowiem czuł, że tego mu brakuje. Okazało się, że mimo zachowywania bardzo wiernie wszystkich przykazań, przynajmniej takie miał mniemanie, czuł, iż czegoś mu brakuje.

Padła odpowiedź: Idź, sprzedaj swoje dobra, które posiadasz, rozdaj je ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Niestety, tej propozycji ów młodzieniec nie przyjął. Zasmucony odszedł, by dalej się upajać posiadanym bogactwem.

Ktoś może zapytać: czy w związku z tym, grzechem jest posiadać jakieś określone dobra materialne, które przecież są konieczne do życia? Oczywiście, że odpowiedź jest tutaj jednoznaczna. Dobra materialne są obiektywnymi dobrami, o które, w myśl słów wyjętych z Księgi Rodzaju, powinniśmy zabiegać, czyniąc sobie ziemię poddaną. Zło leży w samym człowieku, a nie w dobrach materialnych, które przecież są stworzone przez Pana Boga. Z człowieka wychodzi zło, polegające na złym wykorzystywaniu dóbr materialnych, które ma swoje źródło w pysze i egoizmie. To one sprawiają, że ludzie na tle dóbr materialnych szaleją, odchodzą od Pana Boga zasmuceni i czasem już nigdy nie wracają.

Trzeba mieć w sobie tyle pokładów dobra, by umieć się tym dobrem podzielić z innymi ludźmi.

Wczoraj oglądałem film, w sumie dość banalny, ale padły tam piękne słowa: „Każdy człowiek ma w sobie dobro i zło. Dla tego dobra warto żyć i przekazywać je innym”.

Pomyślałem sobie, że czasem najtrudniejszą rzeczą jest odnalezienie w sobie owego dobra. Do tego potrzebny jest duch Mądrości, pochodzący od Boga, który pomaga dokonać w nas samych swego rodzaju selekcji pod kątem dobra i zła. Niestety, czasem jest tak, że na pierwszy plan wychodzi zło, które współistnieje w nas obok dobra. Wtedy dzieją się rzeczy katastrofalne. Ma się wrażenie, że w tym człowieku jest samo zło. Cokolwiek robi wychodzi na zło. W końcu on sam, zupełnie zrezygnowany, poddaje się owemu złu, sądząc, że on już nie jest w stanie dokonać żadnego dobra. „Utracony raj”, który był naszym udziałem w momencie chrztu, pozostał tylko marzeniem.

Czy jednak tak musi być? Czy już nie ma dla nas nadziei?

Nieprawda, nadzieja zawsze jest, bo Bóg jest nadzieją. U Boga wszystko jest możliwe, także powrót do „utraconego raju”.

 

XXX NIEDZIELA ZWYKŁA/B

„Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” - wołał Bartymeusz. Inni nastawali na niego, aby dał spokój. On ci nie pomoże!

Jednak Bartmeusz dalej wołał. Wierzył bowiem, że Jezus może mu pomóc. Jego wiara i wytrwałość w wołaniu do Boga została wynagrodzona - Bartymeusz przejrzał! Zobaczył to, czego dotąd nie widział. Nie wiem, czy był zachwycony tym, co zobaczył. Czy zachwycony był widokiem ludzi i ich czynów, ich codziennego życia? Może byłoby lepiej dla niego, gdyby tego wszystkiego nie zobaczył. Miałby nadal swój świat ciemności, ale jednocześnie świat czystości - świat, którego nie znają ludzie uchodzący za zdrowych i w pełni sprawnych. W pewnym sensie można powiedzieć, że Bartymeusz widział, będąc niewidomym, to, czego otaczający go ludzie nie widzieli, choć dysponowali w pełni sprawnymi oczami. Bartmeusz nie potrzebował zdrowych oczu, by dziwnym, wewnętrznym wzrokiem, zobaczyć w Jezusie z Nazaretu Kogoś, który może mu przywrócić wzrok. Bartymeusz uwierzył w boską moc Jezusa, dlatego tak uporczywie domagał się spotkania z Nim.

Na osobie Bartymeusza prawdziwe stają się słowa: „wiara czyni cuda!” Jeśli nie ma wiary, nie ma też cudów. Jeżeli nie ma wiary, pozostają tylko oczy, a one, choć widzą kształty i barwy, to jednak nie widzą wszystkiego. Powiem rzecz bulwersującą, zresztą cytując samego Jezusa Chrystusa: „Jeżeli twoje oczy są dla ciebie powodem grzechu, to byłoby lepiej, byś jako jednooki wszedł do Królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu, znalazł się w piekle”. Czasem oczy mogą stać się przekleństwem dla człowieka.

Jesteśmy chyba wszyscy pod wrażeniem wydarzeń z ostatniego tygodnia. Mam tu na myśli śmierć 14. letniej dziewczynki, uczennicy gimnazjum, która najpierw została poniżona przez kolegów z klasy, a następnie popełnił samobójstwo, nie mogąc żyć ze świadomością krzywdy jaką jej ci młodociani przestępcy wyrządzili. Wiele dyskutowano ostatnio na temat problemów związanych z wychowaniem młodych ludzi. Szkoda, że dyskutuje się na ten temat dopiero po dramatycznym wydarzeniu, a nie wcześniej. Problem braku wychowania trwa od lat. Nauczyciele od dawna stracili autorytet, a właściwie odebrano im instrumenty wychowawcze. Mówi się, że dawniej nauczyciele mieli autorytet. Owszem, pamiętam nieco tamte czasy. Pamiętam również fakty, które dziś są niedopuszczalne. Rozmawiałem z nieżyjącym już p. Bielem, nauczycielem dawnej szkoły. Dzieci czuły dyscyplinę. Niejednokrotnie dostało dziecko tzw. łapę. Wracało do domu i nikomu ani słówka, bo rodzice mogliby poprawić. Nie jestem za wymierzaniem kar fizycznych, ale jakiś rodzaj dyscypliny powinien mieć miejsce. Potrzebna jest kontrola, a co za tym idzie - wyciąganie konsekwencji, jeśli okaże się, że młody człowiek (dziewczynka czy chłopiec) źle używa daru mowy, daru wzroku, źle się ubiera, fatalnie się zachowuje wobec starszych itd.

Zastanawiam się nad tym, co dziś szczególnie wpływa na to, że mamy źle wychowane dzieci, brak kultury bycie, brak szacunku wobec starszych, że dochodzi do takiej tragedii, jak ta ostatnia? Dzisiejsza ewangelia podsuwa mi odpowiedź na to pytanie. Okazuje się, że czasem posiadany wzrok może mieć wpływ na to kim jestem i jaki jestem. Do czego ci potrzebne są oczy? Bartymeusz uwierzył w Boga zanim otrzymał zdrowe oczy. Tak więc, oczy nie są potrzebne, by uwierzyć w Boga. Po otrzymaniu daru wzroku Bartymeusz zobaczył świat i ludzi, ale dalej wierzył. Dziś bywa wszystko odwrotnie, jakby postawione na głowie. Dzieci muszą mieć dostęp do Internetu, bez ograniczeń buszować po stronach, muszą mieć komórkowy telefon i muszą mieć wszelkiego rodzaju rozrywkę, bo im się należy, taka jest dziś moda. Ale nie muszą pracować nad swoją wiarą, nie muszą jej pogłębiać, nie muszą, a nawet nie powinny sobie stawiać wymagań, nie muszą się spowiadać itd. Rodzice o wszystko zadbają, by ich dziecko nie było gorsze od innych dzieci. I tak trzeba nam tylko czekać na skutki.

Jezusie, Synu Boży, spraw, byśmy przejrzeli na oczy! Trzeba wreszcie zobaczyć swoje błędy. Umieć krytycznie się do nich ustosunkować i zacząć wielką pracę nad sobą. Myślę, że przyszedł najwyższy czas, by przyjść do Jezusa i prosić: „Panie, pragnę przejrzeć!”

 

UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

Ludzie przychodzą i odchodzą, rodzą się i umierają. Tych, którzy byli przed nami, już nie ma. Pozostały po nich wspomnienia. Żyjący stawiają im pomniki, a wielu z nich Kościół ogłasza świętymi.

Błogosławione życie, które pozostawia po sobie piękne ślady. Błogosławione życie, o którym papież uroczyście mówi, że warto je naśladować.

Pójdę dziś alejkami cmentarnymi, przeczytam napisy nagrobkowe, zatrzymam się, by zapalić świecę, pomodlę się za ich duszę i może pomyślę sobie: Czy oni są świętymi?

Historia wielu z nich zasługuje na świętość. Są przecież pośród tych cichych mieszkańców naszych nekropolii ludzie, którzy przeszli przez życie z podniesioną głową – odnieśli zwycięstwo nad swoją słabością, nad niemocą, nad sprzeciwem otoczenia. Oni pokonali samych siebie. Czy nie ma takich? Czy nie znaliśmy takich? To były często nasze dzielne matki, które odważyły się nas urodzić, zatroszczyły się o nasze chrześcijańskie wychowanie, o naszą kulturę osobistą. A to przecież niełatwe zadanie.

Mamo, chcę, abyś była świętą, nawet wierzę, że tak jest, bo byłaś w moich oczach święta. Zawsze zapracowana, ale zawsze mająca czas na Boże sprawy. Tylu rzeczy nie poznałaś, które ja teraz znam, bo przyszły inne czasy i inny świat.

Ile takich matek odeszło do Pana i otrzymało nagrodę za pięknie spełnione zadnie małżeńskie i rodzinne? Błogosławione matki! Błogosławieni ojcowie!

Czy to możliwe? Tak, to możliwe, bo Bóg nas obdarzył miłością i nazwał nas dziećmi Bożymi. On nas uczynił dziedzicami nieba.

Przepiękna jest ta dzisiejsza uroczystość, bo mówi nam o nadziei. Wszyscy przecież czekamy na nową ziemię i nowe niebo. Wszyscy chcemy być ubrani w białe szaty i mieć palmy w ręku.

Świętość nie jest tylko dla wybranych, ona jest dla wszystkich. Zarówno dla księdza, zakonnicy, dla profesora i robotnika fabryki, dla policjanta i dla zwykłej mamy, która ma jeden, przepiękny zawód – wychowywać swoje dzieci na wspaniałych ludzi.

Ważność dzisiejszej uroczystości polega właśnie na tym, że mamy dziś okazję przypomnieć sobie o naszym zaszczytnym powołaniu, jakim jest świętość. Gdybyśmy o tym powołaniu wszyscy pamiętali, to nie byłoby takiej Ani, która odebrała sobie życie po tym, jak koledzy z klasy ją sponiewierali. Gdyby w porę zrozumieli, że ich powołaniem jest świętość, to nie byłoby tego dramatu.

Nie bójmy się często mówić naszym dzieciom o świętości.

W ostatniej klasie gimnazjalnej, a jeszcze bardziej w klasie maturalnej, często rozmawia się o przyszłym zawodzie, o przyszłej pracy. Ktoś czasem wpadnie na genialny pomysł i powie, że ja będę pracowała w takim zawodzie, do jakiego mam powołanie. Pięknie. Ale można by jeszcze do tego dodać. Chcę pracował w takim zawodzie, który poprowadzi mnie do mojego zasadniczego powołania, jakim jest uświęcenie siebie. Trzeba się zastanawiać nad tym, czy w tym konkretnym zawodzie zdobędę świętość.

Obecnie trwają dyskusje wokół wychowania młodego człowieka. Już niemalże wszyscy doszli do wniosku, że nie można młodemu człowiekowi oferować zasady: „Róbcie, co chcecie”, bo to kończy się tak jak widzimy. Mam propozycję: Trzeba zachęcić młodych ludzi do świętości. Należy mówić: „Róbcie to, co służy waszemu uświęceniu”. Ze świętym dobrze nam będzie żyć, a z takim, które robi, co chce, nie da się wytrzymać.

Świętość wymaga pewnej dyscypliny nad sobą. Nie oczekujmy, że młody człowiek sam sobie narzuci dyscyplinę. Raczej czeka, aby inni wskazali mu drogę i narzucili konieczną dyscyplinę. Lekarz zwykle nie pyta chorego, czy ten chce używać te niesmaczne leki, raczej wypisuje receptę i każe używać. Jest w naturze ludzkiej coś takiego, co każe wybierać szeroką i przestronną drogę – jednym słowem życie bez wysiłków. Tymczasem, chcąc zdobyć ostateczne zwycięstwo, trzeba sobie narzucić wysiłek. Zawodnik, który chce odnieść sukces sportowy, musi bardzo dużo trenować. Czasem będzie to wymagało wielu wyrzeczeń i rezygnacji. Ale myśl o przyszłym zwycięstwie rekompensuje wszelkie trudy i niewygody. To samo dotyczy świętości.

Błogosławione są łzy i wszelki smutek, które prowadzą do świętości. Błogosławione jest milczenie, które prowadzi do świętości. Błogosławione jest ubóstwo, które prowadzi do świętości. Błogosławione jest niezrozumienie ze strony otoczenia i prześladowanie, które prowadzi do świętości.

Błogosławiona jest skromność dziewcząt i chłopców, która prowadzi do świętości.

XXXI NIEDZIELA ZWYKŁA

Usłyszeliśmy dziś zachętę do podwójnej miłości: Boga i bliźniego. Tymi słowami Pan Jezus pokazał nam dwie drogi, którymi powinniśmy iść codziennie przez życie. Są one bardzo ściśle ze sobą powiązane - jedna warunkuje drugą. Nie można bowiem kochać Pana Boga nie kochając jednocześnie człowieka, a także nie można kochać człowieka, nie kochając Pana Boga. Miłość bez tych dwóch dróg, które jak autostrada biegną zawsze obok siebie, będzie czymś okaleczonym i w gruncie rzeczy fałszywym.

Kochać Pana Boga to znaczy odpowiedzieć na Jego uprzedzającą miłość, jaką od zarania dziejów darzy człowieka. Trudno nawet mówić o bezinteresowności tej miłości do Pana Boga, ponieważ człowiek ma zawsze interes, by kochać swego Stwórcę i Pana. Tej uprzedzającej miłości każdy z nas codziennie, a właściwie w każdej chwili, doświadcza na sobie samym. Wystarczy pomyśleć o darze życia, nieustannie podtrzymywanym przez Boga, o darze łaski przebaczającej nam nieustannie. Można by mnożyć przykłady świadczące o tej przeogromnej miłości, na którą człowiek daje odpowiedź swoją, czasem bardzo niezdarną miłością.

Miłość ku Bogu jest więc drogą każdego człowieka. I oto na tej drodze spotykamy drugiego człowieka. Staje on przed nami także jako droga, która prowadzi do miłości Pana Boga. Stawiamy sobie dziś pytanie jak mam tę drogę realizować. Odpowiedź jest oczywiście jedna: poprzez akt miłość. Bywają miłości łatwe, która w zasadzie same jakby się wyzwalają z naszego serca, ale bywają też miłości trudne, które wymagają jakiegoś głębokiego samozaparcia się siebie, czasem nawet jakiegoś zapomnienia o sobie. Kochać powinniśmy ze względu na to, że miłość jest zawsze piękna. Poprzez miłość człowiek sam się realizuje, a co za tym idzie – zbawia się.

Kochać człowieka to znaczy być przy człowieku i być z człowiekiem.

Nic dziwnego, że dziś zgromadziliśmy się przy księdzu Sławomirze. Nasza obecność, a szczególnie obecność dzieci i młodzieży, jest odpowiedzią na obecność naszego dzisiejszego Solenizanta przy dzieciach i młodzieży. Ks. Sławomir oddaje im od lat najlepszą część swojego bardzo aktywnego życia. Nic więc dziwnego, że dziś zgromadziliśmy się na tej Eucharystii, bo tak trudno opowiedzieć słowami o miłości, czasem jest to wręcz niemożliwe, potrzeba prostej, a jakże czytelnej obecności.

Kochać człowieka to służyć mu. Różnie można tę służbę realizować. Zupełnie inaczej będzie ją realizował kapłan – duszpasterz, a zupełnie inaczej ojciec czy matka, jeszcze inaczej nauczyciel, a jeszcze inaczej ktoś, kto pełni jakąś odpowiedzialna funkcję w społeczeństwie i narodzie.

Za tydzień będą wybory do jednostek samorządowych. Myślę, że trzeba na tę sprawę popatrzeć równie przez pryzmat miłości. Pan Jezus na innym miejscu Ewangelii powiedział, że ten kto chciałby innymi rządzić, ten musi się nauczyć służyć innym. Przez lata doświadczaliśmy bardzo kalekiego rozumienia sprawowanej władzy. Sprowadzała się ona w jakimś sensie do zaspakajania swoich własnych aspiracji. Ci sami ludzie, których teraz widzimy w kajdankach prowadzonych do aresztu, jeszcze nie tak dawno temu, dumnie, z poczuciem „lwicy”, jawili się jako mający pełną i niepodważalną władzę. Dobrze, że ich czas minął.

Cieszy fakt dokonujących się przemian w naszej „małej ojczyźnie”, jak często się mówi o środowisku, w którym żyją ludzie. To jest jak najbardziej uzasadnione – to jest nasza mała ojczyzna i trzeba o nią dbać, a nawet wałczyć. Gdy pojawiłem się tutaj w 1989 roku, zobaczyłem wiejskie drogi i puste przestrzenie, które oddzielały poszczególnych mieszkańców. W ciągu ostatnich kilku lat dokonały się niesamowite zmiany. To jest jakiś wymiar troski o swoje środowisko, a to z kolei, jest pewnym wymiarem miłości do człowieka. Każdy, kto tworzy tę „małą ojczyznę” ma obowiązek włączyć się w troskę o nią. Udział w wyborach jest wyrazem tego zatroskania, jest bardzo czytelnym znakiem miłości do współmieszkańców tej ziemi.

Trzeba uwierzyć komuś, kto daje gwarancje, że zatroszczy się o naszą małą ojczyznę i dać w jego ręce władzę, bo on na niej żyje i pracuje, bo tutaj modli się i chwali Pana Boga.

„Będziesz miłował Pana Boga i … będziesz miłował człowieka, jak siebie samego”. To jest droga, którą winniśmy iść do naszej Ojczyzny niebieskiej.

XXXII NIEDZIELA ZWYKŁA

Wielu ludzi wrzucało ofiary do skarbony świątynnej. Bogaci wrzucali bardzo wiele. Zapewne inni, widząc to, kłaniali im się z wdzięcznością i uznaniem, ponieważ widzieli w nich wielkich ofiarodawców i dobroczyńców. Nikt nie zauważył ubogiej kobiety, wdowy, która ledwie wiązała koniec z końcem. Ona też wrzuciła ofiarę mniejszą niż tamci, jeśli weźmiemy pod uwagę wielkość ilościową. Jednak ona dała najwięcej dała bowiem wszystko co miała na swoje utrzymanie. Gdyby nie Jezus, nikt nie zauważyłby jej ofiary. Nikt się nie zainteresował tym, że ona już nie będzie miała za co żyć jutro i pojutrze. Dzięki Jezusowi właśnie ona przeszła do historii, wszyscy, którzy wezmą do ręki Ewangelię, o niej mieli się dowiedzieć.

Oczy Boga są pełne ciepła i dobroci, widzą to, czego człowiek nie widzi i czasem obojętnie omija. Oczy ludzi zatrzymują się przy rzeczach wielkich, pełnych iluminacji i bardzo krzykliwych. Rzeczy małych nie zauważa się tylko dlatego, że są mało, nieatrakcyjne i nieopłacalne. Również ludzi małych i biednych często się nie zauważa. Zauważa się natomiast ludzi wielkich i silnych, którzy wszystko mogą, którzy zdobywają medale i mają wiele zwycięstw na swym koncie, oni są zauważani i podziwiani. O nich się pisze artykuły, układa piosenki i przygotowuje programy telewizyjne. Ci inni, którzy nie mogą tyle zdziałać, i którzy nie zdobywają medali olimpijskich i mistrzowskich tytułów, i których nie stać na żaden luksus tego świata, są zapomniani i czasem zupełnie pomijani. Sztuką, a zarazem chrześcijańskim zobowiązaniem, jest zobaczyć tych słabych i łaknących naszej pomocy. Zobowiązanie to dotyczy wszystkich noszących imię chrześcijan, ale szczególnie tych, którzy w ludzkiej hierarchii zajmują nieco wyższe i eksponowane stanowisko. Z góry bowiem powinno się widzieć nieco więcej niż z dołu. Bywa jednak tak, że z chwilą osiągnięcia owej góry w hierarchii ważnych stanowisk ludzkich, zapomina się i nie zauważa tych, którzy są na dole spragnieni naszej pomocy.

Potrzebne są nam oczy Boże, które widzą ubogą wdowę i to, czego inni nie dostrzegają.

Uboga wdowa to symbol wielkiego serca, które czasem zupełnie rozmija się z ekonomicznym myśleniem, kalkulowaniem, liczeniem zysków i strat. Dla ubogiej wdowy liczy się tylko miłość, która nie stawia barier – jest otwarta na człowieka. Daje wszystko co posiada, pamiętając, że Bóg jest bogaty w miłosierdzie.

„Uboga wdowa” jest jakby zaprzeczeniem logicznej zasady, według której „im więcej ktoś ma, tym więcej powinien dać”. Wszyscy dają to, co im zbywa, ona zaś, mając niewiele, daje wszystko, co ma – całe swoje utrzymanie.

Samo życie jakże potwierdza słuszność zasady „wdowiego grosz”. Jako proboszcz budującej się parafii, mam wiele doświadczeń, które stanowią żywe świadectwo kontynuacji „wdowiego grosza”. Mogę nawet zaryzykować powiedzenie, że niejednokrotnie starsze panie i ich „wdowi grosz” ratowały sytuacje finansową parafii w okresie trwania budowy świątyni parafialnej. Tak też jest do dnia dzisiejszego. One zawsze wysupłają swój grosz, by wesprzeć, by dać na Dom Pana. Na nich mogłem i mogę zawsze liczyć.

Pan pochwalił dziś tę piękną postawę. Wszyscy winniśmy się uczyć takiego serdecznego zatroskania o wspólne dobro. Dotyczy to także zatroskania o wspólne dobro jakim jest Ojczyzna, zarówno ta wielka, której na imię Polska, jak również ta mała, w której żyjemy, pracujemy i jesteśmy. Dziś, gdy wybieramy ludzi, którzy będą nas reprezentowali we władzach samorządowych, starsze osoby, czasem z trudem poruszające się na nogach, dadzą nam zapewne przykład udziału w wyborach. Podziwiam jak idą i wrzucają swój wyborczy głos, aby zatroszczyć się o swój dom. One wiedzą, że o swoją „małą ojczyznę” trzeba walczyć. Trzeba odrzucić wszelkie jakieś osobiste uprzedzenia i posłać swoich ludzi, którzy tak jak my, wierzą w Pana Boga, przystępują razem z nami do Komunii świętej i pragną dobra naszej ziemi. Niech się tego uczą młodzi ludzie, którzy czasem nie widzą nic poza swoim egoizmem i obrażeniem się na „cały świat”.

Wybory to też sprawa odpowiedzialności za wiarę. Jeżeli na urzędach znajdą się ludzie, którym obce, albo obojętne są sprawy patriotyzmu, czyli umiłowania ojczyzny, sprawy świętej wiary naszych przodków, to nasze sumienie będzie odpowiedzialne za taki stan.

WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

 Wszyscy zapewne znamy piosenki zespołu dziecięcego o nazwie „Arka Noego”. Jedną z najbardziej znanych piosenek tego zespołu jest „Święty uśmiechnięty”. Ta piosenka wyraża prawdę dotyczącą dzisiejszej uroczystości. Mówi o tym, że wszyscy, niezależnie od wieku i stanu, jesteśmy powołani do świętości: „Taki duży, taki mały – może świętym być; taki gruby, taki chudy – może świętym być; taki ja, taki ty – może świętym być!” Tak więc, dzisiejsza uroczystość opowiada o tych, którzy już zrealizowali powołanie do świętości.

Teraz kolei na nas!

Trzeba przyznać, że często zapominamy o takim wymiarze dzisiejszej uroczystości. Pamiętam poprzednią epokę i wysiłek tzw. „animatorów” systemowych, którzy dwoili się i troili, by w uroczystość Wszystkich Świętych nie wspomnieć o świętych, a tym bardziej o naszym powołaniu do świętości. Zresztą tak się dzieje do dziś. Łatwiej jest bowiem zapalić świecę na grobie, poopowiadać o sławnych nekropoliach, niż rozważyć Ewangelię mówiącą o drodze do świętości.

A tymczasem, nie zapominając o miejscach spoczynku wielu znanych i sławnych ludzi, powiedzieć o tym, co należy uczynić, by dzisiejsza uroczystość była również moim świętem.

Kiedy dziecko przychodzi na świat, rodzice powinni sobie od razu uświadomić, że ich zadaniem zasadniczym jest przyjść z pomocą swojemu dziecku w odnalezieniu drogi do świętości.

Kochani! Czy stawialiśmy sobie kiedykolwiek pytanie tego typu: Co zrobiłem, by drogę do świętości odkryć, czy też pomóc innym w odkryciu tej drogi? Gdzie jest moja droga do świętości, w jakim powołaniu i w jakim zawodzie?

Dla chrześcijanina, motyw finansowy nie może stanowić jedynego kryterium wyboru drogi życiowej, pracy i powołania. Zawsze powinien pojawiać się ten najważniejszy: Czy na tej drodze osiągnę świętość?

Czy tylko, gdy śpiewamy piosenkę: „Taki duży, taki mały – może świętym być!” – rodzi się w nas radość z tego, że i ja mogę być świętym?

Jak iść, by świętość osiągnąć?

Zdaje się, że Pan Jezus już wszystko nam na ten temat powiedział. „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali”; „Idź, sprzedaj wszystko, co posiadasz i pójdź za Mną!” i wreszcie dzisiejsze „Kazanie na górze”. Tak naprawdę Pan Jezus nie wymaga jakichś rzeczy nadzwyczajnych, by zostać świętym. Są to raczej proste i zwyczajne okruchy życia.

Święty Franciszek Salezy, założyciel wizytek, przez swe pisma ascetyczne (przede wszystkim przez niezapomnianą „Filoteę”) szerzył zasady życia wewnętrznego i dążenia do doskonałości dla ludzi świeckich.

Nic dziwnego, że byt też rozchwytywanym kierownikiem duchowym.

Pewnego razu przyszła do niego jakaś pobożna dama z wielkim pytaniem, co ma robić, aby zostać świętą.

Spodziewała się jakichś długich poważnych rozważań, precyzyjnych wskazówek, nadzwyczajnych ćwiczeń ascetycznych.

A tymczasem święty powiedział jej bezceremonialnie:

Niech pani uważa, aby na przyszłość ciszej zamykać drzwi!

By marzyć o świętości trzeba się nauczyć żyć ze wszystkimi ludźmi w prawdziwej wspólnocie. Musimy nauczyć się przyjmować smutek i prześladowanie i niezrozumienie od innych; musimy się nauczyć dawać, a nie brać, bo tylko miłosierni osiągną miłosierdzie. To jest droga. Trzeba ją odkryć i nią pójść.

Drogą do świętości jest Pismo święte. Kilkanaście lat temu pewien biedny mężczyzna z New Jersey USA) znalazł w starej rodzinnej Biblii kilka tysięcy dolarów.

A jak do tego doszło?

Przed lat zmarła jego ciotka i w testamencie bratankowi ofiarowała tylko Biblię.

Rozczarowany odłożył ją na bok.

Żył w nędzy.

Będąc starcem zaczął pakować swe drobiazgi, by przenieść się do syna.

Wziął do ręki zakurzoną Biblię, otworzył ją i ku swemu zdziwieniu ujrzał 20-to dolarowy banknot.

Zaczął dalej przerzucać karty i zza każdej z nich wyciągał dolary.

Trzydzieści pięć lat żył w nędzy, choć miał tuż obok siebie taki skarb.

Jak korzystam ze skarbu słowa Bożego?

Czy potrafię tak czytać, lub tak słuchać słowa Bożego, aby w ten sposób być bliżej mówiącego do mnie nieustannie Boga. Może się okazać, że będziemy próbowli się tłumaczyć przed Bogiem, że nie wiedzieliśmy jak iść do świętości, wówczas usłyszymy odpowiedź: „Przecież zostawiłem ci Pismo święte!”.

Musimy sobie jeszcze powiedzieć, że fakt powołania nas  do świętości nie jest jednoznaczny z obowiązkiem zdobycia świętości. Bóg zawsze mówi: „Jeśli chcesz być doskonałym!” Możesz bowiem  nie chcieć. Masz do tego prawo, które Bóg szanuje. Wyobraź sobie sytuację, że oto ktoś proponuje ci wyjazd do najbardziej uroczego miejsca na kuli ziemskiej. Nic nie musisz płacić za ten wyjazd – jedynie musisz chcieć. I co – zrezygnujesz?

 

 
   

 

   
 
copyright © parafia makowiec 2005r.