| |
..::
Homilie ::..
..:: 2006::..
wstecz
XV/B NIEDZIELA ZWYKŁA
XVI/B NIEDZIELA ZWYKŁA
PRZEMIENIENIE PAŃSKIE/B
XIX NIEDZIELA ZWYKŁA
/ ROK B
XX NIEDZIELA ZWYKŁA/B
XXI NIEDZIELA ZWYKŁA
XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA
XXIV NIEDZIELA ZWYKŁA
/B
XXVI NIEDZIELA ZWYKŁA
/ B
XXVIII NIEDZIELA ZWYKŁA
XXX NIEDZIELA ZWYKŁA/B
UROCZYSTOŚĆ
WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
XXXI NIEDZIELA ZWYKŁA
XXXII NIEDZIELA ZWYKŁA
WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
XV/B NIEDZIELA ZWYKŁA
Idźcie
i nauczajcie! – taki nakazał pozostawił Pan Jezus
Apostołom i ich następcom – biskupom i kapłanom. Kościół
nieustannie realizuje to polecenie, nauczając w porę i
nie w porę.
Przekazywanie nauki Pana Jezusa wiązało
się z ofiarą, którą płacili słudzy Bożego Słowa;
nierzadko oddawali życie za głoszoną prawdę.
Boże
Słowo umacnia wiarę, rodzi nadzieję i miłość.
Słowo Boże
pomaga odkryć i zrealizować
powołanie.
Jednak życie codzienne podsuwa pytanie: Skoro taką moc
daje Słowo Boże, dlaczego tego nie widać
w codziennym życiu chrześcijan?
Skuteczność
Słowa
Bożego zależy od dwóch czynników. Pierwszy czynnik to
głosiciele Słowa Bożego. Dzięki Bożej łasce, nasza
Ojczyzna nie narzeka na braki w zakresie głosicieli
Słowa Bożego. Seminaria duchowne w Polsce są pełne tych,
którzy słysząc głos powołania, idą, by się przygotować
do misji głosicieli
Słowa Bożego. Przez sześć lat
badają
prawdziwość swojego powołania,
by w końcu wziąć na siebie ciężar
odpowiedzialności na ów wielki nakaz Chrystusa: „Idźcie
i nauczajcie!” Wielu kapłanów stara się dobrze
przygotować do głoszenia
Słowa Bożego. W większości parafii polskich przynajmniej
dwa razy w roku są organizowane rekolekcje lub misje, a
wielu kapłanów nawet codziennie głosi Słowo Boże. Można
powiedzieć, że Pan Bóg zadbał
o to, byśmy mieli wiele możliwości usłyszenia Słowa
Bożego.
Pozostaje jednak ten drugi czynnik, sądzę,
że równie ważny, a może nawet ważniejszy. Tym czynnikiem
jest odbiorca Słowa Bożego, czyli każdy z nas. Pan Jezus
jakby przewidział taką sytuację, stąd Jego rada: „Jeśli
w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać,
wychodząc
stamtąd, strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo
dla nich”. Bardzo częstym zjawiskiem naszych czasów
jest, z jednej strony, niechęć do
słuchania,
a co za tym idzie – brak owoców słuchania, z drugiej zaś
strony, chorobliwy nawyk komentowania tego, czego nie
słuchaliśmy. Jakaś paranoja. Jak można komentować
to, czego się
nie zna? Często spotykamy się z sytuacją, że ktoś, kto
nie zna Ewangelii, albo ma wobec niej negatywny
stosunek, cytuję poszczególne słowa wyjęte z Ewangelii,
by poprzeć swój punkt widzenia.
Drugim zjawiskiem, bardzo smutnym i
niebezpiecznym jest pewien, bardzo z ły
nawyk, polegający na przekonaniu, że my wszystko wiemy i
nie musimy słuchać tego, co ktoś
do nas mówi. Takie przekonanie ma miejsce szczególnie
wtedy, gdy osoba mówiąca jest nam dobrze znana i wydaje
się, że nic nowego już nie może powiedzieć.
Jednak warto sobie uświadomić,
że w
wypadku Słowa Bożego, głoszący Je, jest tylko narzędziem
– kimś, kto przekazuje naukę Bożą, zawsze nową a zarazem
niezmienną.
Cóż
mamy robić z tym bagażem
nawyków i przyzwyczajeń? Wydaje się, że przede wszystkim
musimy spokornieć. Bez pokory nie
da się
słuchać czegokolwiek i
kogokolwiek, a tym bardziej Słowa
Bożego. Ludzie, którzy nie słuchają Słowa Bożego, to
zwykle chorzy na pychę, przekonani o swojej wielkości i
genialności. Wspaniałym przykładem człowieka, który z
pokorą umiał słuchać ludzi i Boga,
był Jan
Paweł II. Ileż jest zdjęć pokazujących
papież, który pochyla się i słucha, gdy ktoś do niego
mówi. Słuchał z pokorą nawet swego niedoszłego zabójcę
podczas historycznego spotkania w więzieniu. Trzeba się
nauczyć słuchać.
Jeśli nie
będę umiał słuchać, to nigdy nie
usłyszę
tego, co Bóg ma mi do
powiedzenia.
W
życiorysie
świętego proboszcza z Ars, Jana Marii Vianeya, jest taka
oto sytuacja. Święty Jan zauważył pewnego wieśniaka,
który po Mszy świętej zostawał i długo modlił się.
Pewnego dnia, poczekał na owego wieśniaka, a gdy ten
wychodził ze świątyni, zapytał go: „Jakubie, co wy tak
długo robicie w świątyni po Mszy świętej? A ten
odpowiada: Siedzę sobie w ławce i słucham tego, co Bóg
ma mi do powiedzenia.” To wspaniały znak dojrzałości w
wierze.
By umieć
się skupić
na słuchaniu,
trzeba zdobyć umiejętność
opanowania wzroku i innych zmysłów.
Kościół zadbał o to, by styl budowanych świątyń ułatwiał
skupienie. Są jednak pewne współczesne zjawiska, które
zdecydowanie utrudniają skupienie. Jednym z nich jest
sposób ubierania się uczestników spotkań liturgicznych.
Coraz bardziej daje się zauważyć,
że wiele
osób, szczególnie młodych, nie potrafi odróżnić
plaży od
ulicy, a tym bardziej od świątyni. Człowiek poprzez
sposób ubierania się daje świadectwo kultury, a w
wypadku świątyni – świadectwo wiary i odpowiedzialności
za przyjęcie lub nieprzyjęci Słowa Bożego.
Święty Paweł Apostoł, w liście do
Efezjan, przypomina nam o wielkiej godności, jaką Bóg
nas obdarował: „Bóg nas wybrał, abyśmy byli święci i
nieskalani przed Jego obliczem”. Prawda o niezwykłej
godności, jaką Bóg nas obdarował, jest nam przekazywana
przez Dobrą
Nowinę. Zatem słuchajmy, byśmy mogli posiąść
dziedzictwo życia wiecznego.
x. h.dz.
XVI/B NIEDZIELA ZWYK ŁA
Widok pasterza i owiec jest dziś
czymś bardzo wyjątkowym. Trzeba pojechać
w góry, by zobaczyć
taki obrazek.
Wzajemne relacje pasterza i owiec s ą
czymś niezwykłym i zachwycającym. Dobry pasterz otacza
wielką troską owce, które ma pod opieką. Ciągle z nimi
przebywa, czuwa, by nic złego im się nie przydarzyło.
Owca zaś, przywiązują się do pasterza do tego stopnia,
że reagują na jego głos i idą za nim. Potrafią odróżnić
głos
pasterza i kogoś obcego. Pasterz i owce tworzą swoistą
całość, jakąś
wspólnotę, są zorganizowani i przynoszą dobre owoce.
Natomiast sytuacja owiec bez pasterza
jest katastrofalna, Takie stado owiec bez pasterza nie
jest w stanie przetrwać,
są skazane
na zginięcie lub porwanie przez dzikiego wilka.
Sytuacja człowieka
w relacji do Pana Boga jest bardzo podobna. Człowiek
potrzebuje ustawicznej pomocy i opieki od Pana Boga.
Tylko dzięki temu, że Pan Bóg jest blisko człowieka,
może on żyć, pracować
i walczyć
o ostateczne zwycięstwo.
Bywają sytuacje, że ludzie, kierując się pragnieniem
pozornej wolności, odchodzą od Pana Boga. Doświadczenie
pokazuje jak opłakany bywa los tych, którzy odeszli.
Wydawało im się, że odchodząc od Pana Boga, będą wolni
od krępujących zasad, które Pan Bóg dał ludziom, będą
niezależni, a tymczasem wpadli w jarzmo śmiertelnej
niewoli i grozi im wielkie niebezpieczeństwo. Licząc na
wolność, stali się
niewolnikami swoich nałogów i słabości. Mechanizm jest
zawsze podobny. Najpierw jest proces odsuwania się od
Pana Boga, a następnie wchodzenie na bezdroża samowoli.
Powroty bywają zwykle bardzo skomplikowane i trudne.
Wiedząc o tym wszystkim, nie chcę odchodzić
od Pana Boga - przeciwnie, chcę
coraz bardziej jednoczyć się
z moim Panem trwać przy nim.
Dlatego właśnie
psalmista woła: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie
braknie. Pozwala mi leżeć na
zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogą
odpocząć, orzeźwia
moją duszę”.
Prawdziwym szczęściem
jest mieć dobrych pasterzy w
życiu.
Najpierw dobrych rodziców, potem dobrych wychowawców i
nauczycieli, dobrych przyjaciół, dobrych kolegów w
pracy. Często się słyszy, że ktoś był dobry dokąd był w
domu. Gdy tylko odszedł, zaczęły się problemu. Z czego
to wynikło? Czy to tylko kwestia złego otoczenia? Czy
może brak tzw. fundamentów, o których mówił nie tak
dawno ojciec święty Benedykt XVI podczas spotkania z
młodzieżą na Błoniach krakowskich.
W życiu musi być
pewna hierarchia wartości:
najpierw Pan Bóg, z którego zdaniem trzeba się przede
wszystkim liczyć. Potem rodzice i
inni, których spotykamy w życiu i którzy
wpływają na naszą formację.
Dobrzy pasterze - dobrzy rodzice, to
ci, którzy wiodą
po właściwych ścieżkach i na najlepsze pastwiska
prowadzą.
Mamy wakacje. Trzeba przyznać,
że to
szczególny czas. Dobrym pasterzem jest ten, kto dobrze
zorganizuje wakacje dla swoich dzieci. Przecież nie
można puszczać wszystkiego tak po
prostu samopas - niech idą
gdzie chcą i niech robią co chcą. Czy pomyśleliśmy o
najlepszych pastwiskach dla swoich dzieci? A może po
prostu chcemy mieć święty spokój od
dzieci. Niech się zajmą po swojemu sobą. Nic tylko
czekać na skutki.
Jestem pe łen
uznania i wdzięczności wobec tych rodziców, których
dzieci znajdują czas na Mszę świętą w tygodniu. Są takie
dziewczynki, które kilka razy w tygodniu są na
Eucharystii, pełniąc jednocześnie posługę scholi
liturgicznej i uczestnicząc w próbie śpiewu. Są tacy
chłopcy, którzy znajdują czas na dyżur ministrancki, a
także na obecność poza dyżurem.
Są wreszcie dziewczynki i chłopcy, którzy dali Panu Boga
czas w wymiarze 15 dniu oazowych. Oni wszyscy zdają się
mówić: Pan jest moim Pasterzem,
niczego mi nie braknie.
Kochani! Dajmy si ę
prowadzić Panu Bogu na zielone
pastwiska, do źródeł wód żywych.
PRZEMIENIENIE PAŃSKIE/B
Apostołowie,
którzy mieli szczęście być z Panem
Jezusem na górze Tabor, zobaczyli kawałek
nieba. Tak bardzo byli szczęśliwi z tego powodu, że nie
mieli ochoty wracać do ziemskiej
codzienności:
„Panie, dobrze nam tu być …
zbudujemy trzy namioty…”.
Warto od czasu do czasu oderwa ć
się od
ziemskiej rzeczywistości, by zakosztować
niebieskich. Warto pomyśleć
o niebie, by wiedzieć
dokąd
dążymy i co jest celem naszego ziemskiego życia.
Pielgrzymi, którzy dzisiaj wyruszają
na szlak prowadzący na Jasną Górę, do Matki, będą mieli
szansę przez te parę dni jakby zakosztować
góry Tabor – będą
mogli zobaczyć skrawek nieba.
Oczywiście
to wszystko zależy tylko od nich samych, czy
rzeczywiście będą chcieli na te parę dni otworzyć
się na Pana
Boga. Można, bowiem być bardzo
blisko Boga i Go nie zauważyć.
Podobną
możliwość mieli uczestnicy
rekolekcji oazowych. Przez 15 dni przeżywali
również w jakimś sensie górę Tabor. Takie same
możliwości dają każde rekolekcje. Jednak dobrze wiemy,
że to wszystko zależ od nas samych, czy zdołamy oderwać
się od
ziemskich rzeczywistości, by otworzyć
się na Pana
Boga.
Chrześcijanie
to tacy ludzie, którzy chodzą po ziemi, zajmują się
sprawami ziemskimi, ale nie mieszczą się w wymiarach
ziemskich, oni są powołani do zupełnie innej
rzeczywistości. Dobrze ukształtowana wiara powinna
prowadzić nas do takiego patrzenia
na ziemię i
sprawy ziemskie, by nieustannie widzieć
niebo i nasze powołanie
do Królestwa Niebieskiego. Chrześcijanin nie jest w
pełni szczęśliwy na ziemi, albowiem jest świadom, że
jego pragnienie szczęści zrealizuje się dopiero w
niebie.
Trzej apostołowie,
którzy byli na górze Tabor, mieli uczucie prawdziwego
szczęścia, a jego źródłem była wizja Boga. Prawdziwym
źródłem szczęścia jest Bóg i przebywanie z Nim daje
maksymalne poczucie szczęścia.
Jeden z filozofów, próbując
zdefiniować szczęście,
powiedział, że „jest to trwałe i pełne zadowolenie z
życia.” W takim rozumieniu, osiągnięcie szczęścia w
wymiarach ziemskiego życia jest niemożliwe, ponieważ ten
świat jest mieszaniną szczęścia i nieszczęścia, radości
i smutku, cierpienia i zdrowia. Tymczasem patrząc na
naszą codzienność, ma się
wrażenie, że współczesny człowiek, goniąc za szczęściem
w wymiarze ziemskim, niejednokrotnie zachowuje się jak
dziecko. Niewiele potrzeba dziecku, by miało poczucie
szczęścia. Czasem wystarczy mały samochodzik na
plastikowych kółkach i już dziecko ma poczucie
szczęścia. W miarę upływu lat, bariera, od której
dziecko ma poczucie szczęścia, nieco podwyższa się. Już
nie wystarczy plastikowy samochodzik, potrzebny jest
rower, a po jakimś czasie komputer i wreszcie prawdziwy
samochód, na prawdziwych kółkach, z odpowiednią ilości
koni mechanicznych. A gdy to nie wystarczy, pozostaje
narkotyk, który przenosi w krainę iluzji i nierealnej
rzeczywistości.
Człowiek
zawsze będzie gonił za szczęściem, bo jego pragnienie
jest wpisane w naszą naturę. Wiara podpowiada nam
kierunek pogoni za szczęściem. Niektórzy ludzie, chcąc
to pragnienie zrealizować wstępują
do zgromadzenia zakonnego lub do seminarium duchownego,
by w warunkach służby dla Pana gonić
za szczęściem.
Inni z tego samego powodu zakładają rodziny, rodzą
dzieci i służąc sobie wzajemnie realizują Boży plan
zbawienia, czyli szczęścia. Na każdej drodze jest
możliwe osiągnięcie szczęści, o ile udało nam się odkryć
powołanie
zadane nam przez Pana Boga. Ci ludzie, nawet, jeśli co
krok spotykają się z cierpieniem, mają poczucie bycia
szczęśliwym, a myśl o przyszłym, pełnym szczęściu, daje
im siłę do codziennego życia.
Jeśli
miałbym dać jakąś
receptę na życie, to przychodzi mi na myśl tylko jedno
stwierdzenie: Staraj się być
zawsze blisko Pana Boga, a wówczas będziesz
miał poczucie szczęścia, i nawet, jeśli spotykają cię w
życiu różne braki i nieszczęścia, to nie są one w stanie
zakłócić radosnego pielgrzymowania
do niebieskiego szczęścia.
W Domu Ojca będziemy mieli zbudowany namiot i już nie
będzie nam się chciało wracać na
ziemię.
XIX NIEDZIELA ZWYKŁA
/ ROK B
„Bóg jest dobry!” – to najpiękniejsze
określenie Pana Boga. Dobroć Pana
Boga względem
człowieka przejawia się na różne sposoby. Stary
Testament przytacza wiele przykładów świadczących o
dobroci Pana Boga. Stworzył człowieka na swój obraz i
podobieństwo, dał mu wszystko, co konieczne, aby był
szczęśliwy, a gdy ten zgrzeszył, nie pozostawił go Bóg
na pastwę losu, ale przyszedł mu z pomocą. Przykładów
świadczących o dobroci Pana Boga, przynosi historia
Narodu Wybranego. Bóg opiekuje się Narodem Wybranym, gdy
ten wędruję do Ziemi Obiecanej. Wielokrotnie upomina go,
gdy ten błądzi, walczy za niego i prowadzi do Ziemi
mlekiem i miodem płynącej.
Pierwsze dzisiejsze czytanie pokazuje
sytuacje, w jakiej znalazł
się prorok Eliasz. Gdy był już u kresu sił, gotów umrzeć,
Bóg przywraca mu siły
karmiąc go cudownym pokarmem, po którym mógł wyruszyć
w dalszą
drogę.
Najpiękniejszym
przejawem dobroci Pana Boga jest Eucharystia. „Ja jestem
Chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa
ten Chleb, będzie żył na wieki”. Bóg stał się Chlebem,
który daje nam siły duchowe, ale również fizyczne.
W dzisiejszym drugim czytaniu, święty Paweł
Apostoł w liście do Efezjan napisał: „Bądźcie więc
naśladowcami Boga jako dzieci umiłowane i postępujcie
drogą miłości, bo i Chrystus was umiłował i samego
siebie wydał za nas w ofierze i dani na wdzięczną
wonność Bogu”.
Na śladować
Pana Boga w Jego dobroci. To jest cel i zadanie dla nas
chrześcijan.
Chrześcijanin
to człowiek dobry. Jak to rozumieć ?
W
życiu codziennym
dobrocią nazywamy sposób postępowania wypływający z
miłości, polegający na życzliwości i przychylności wobec
innych. Mówi się o człowieku, że jest dobry, bo umie
zawsze obdarowywać otoczenie
życzliwym
słowem, uśmiechem, okazać dyskretną
pomoc. Ludzka dobroć ma swoje
źródło w
normach moralnych, które pozostawił nam Pan Jezus, a
szczególnie w przykazaniu miłości. Dobry człowiek to
taki, który prawdziwie kocha Boga i ludzi. Taki człowiek
w sensie moralnym jest naprawdę dobry także wtedy, kiedy
inni ludzie nie potrafią tego właściwie docenić.
Człowiek
zachowujący przykazania, kierujący się miłością zawsze
jest obiektywnie dobry. Tę dobroć
zawsze widzi i docenia Bóg.
Wzorem dobroci jest sam Bóg, który
jest dobry w najwy ższym
stopniu. Działanie Boże wobec nas stanowi zawsze przejaw
Jego dobroci, wypływa z bezinteresownej miłości i ma na
uwadze wyłącznie nasze wieczne dobro.
Z pewnością
tak rozumieli pierwsi chrześcijanie swoje zadania i
najbardziej podstawowe zobowiązanie, jakie przekazał
Jezus Chrystus. Oni byli dobrze dla siebie i dla innych
ludzi. Zresztą, trzeba przyznać,
że tą
dobrocią przyciągali do siebie coraz to większe rzesze
pogan. Często mówiono: „Zobaczcie, jak oni się miłują”.
W miarę
upływu lat, coraz bardziej stępiało ostrze dobroci
chrześcijańskiej, odchodząc w ten sposób od podstawowej
zasady Ewangelii. Zawsze jednak tu i ówdzie pojawiali
się wielcy naśladowcy dobroci Pana Boga. Przykładem może
być niewątpliwie
Matka Teresa z Kalkuty, która pokazała jak w praktyce i
w rzeczywistości XX wieku powinna wyglądać
realizacja chrześcijańskiej
dobroci. Innym, bardzo dobrym przykładem dobroci jest
święty Brat Albert Chmielowski, którego dewizą życiową
było zdanie: „Chcę być dobrym jak
chleb” W imię
tejże dobroci organizował przytuliska dla bezdomnych i
chorych, a później schroniska, które dziś pod jego
imieniem są rozsiane po całej Polsce i świecie.
Co dla nas, zwykłych
zjadaczy chleba codziennego, może i powinna oznaczać
dobroć ?
Żyjemy w świecie wielkich podziałów i
nierówności. Jedni przymierają głodem, a inni opływający
we wszystko, najedzenie i zażywający najróżniejszych
przyjemności. Dziwne jest to, że jedni i drudzy,
nazywają się chrześcijanami. W świecie chrześcijańskim
dziej ą się
najróżniejsze rzeczy, które nawet w najbardziej
pesymistycznym myśleniu pierwszych chrześcijan się
pewnie nie pojawiały. W tym samym czasie umierają ludzie
z powodu niedożywienia, a inżynierowie bogatych mocarstw
opracowują coraz to nowocześniejsze rozwiązania służące
zabijaniu ludzi. Jedni i drudzy są chrześcijanami.
Działające
w różnych parafiach Zespoły Caritas, również w naszej, z
wielkim trudem zbierają złotówki na zorganizowanie
żywności dla przymierających głodem, albo na kilka dni
wakacji dla biedniejszych dzieci, a bogaci chrześcijanie
myślą o zakupie nowocześniejszego samochodu. Ks.
Mirosław Bujak, misjonarz z Afryki, który przed rokiem
gościł w naszej parafii, przysłał niedawno podziękowanie
dla naszego Zespołu Caritas za wysyłane pieniądze na
dzieci afrykańskie. Pisze, że dzięki tym ofiarom kilkoro
dzieci będzie mogło dalej się uczyć
w szkole podstawowej. Kilkakrotnie proponowałem
wielu osobom włączenie się do pracy w Caritas – niestety
bez echa.
Czym ma być
chrześcijańska
dobroć? Gestem niedzielnego znaku
pokoju podczas Eucharystii? Wypiciem kawy z przyjaciółmi?
A może
należałoby się rozejrzeć wokół
siebie i pomyśleć, w jaki sposób włączyć
się w misję
dobroci. To jest nasze powołanie: „Być
dobrym jak chleb”. „Bądźcie
naśladowcami Boga…”.
XX Niedziela Zwykła
Dobry Bóg, słowami
autora pierwszego dzisiejszego czytania, z Księgi
Przysłów, zaprasza nas, abyśmy napełnili się mądrością,
która zbudowała sobie dom i wyciosała siedem kolumn.
Niewątpliwie
źródłem owej mądrości jest Duch Święty, który udziela
nam łaski siedmiorakich darów. To owe dary dają nam
gwarancję udziału w uczcie, którą przygotował Pan.
Z kolei, w Ewangelii dzisiejszej, Pan
Jezus wskazuje na źródło mocy, która
pozwala pielgrzymować do Królestwa
światła i
życia, a także trwać w mądrości
Ducha Świętego.
Warto zwrócić
uwagę na
zdecydowaną różnicę mądrości tego świata i mądrość
Bożą, do
której dziś się zachęcamy.
Podstawowa różnica
polega na tym, że mądrość tego
świata
kieruje nas wzrok ku rzeczom materialnym, mądrość
zaś, Boża,
daje nadzieję na przyszłą radość w
Królestwie Niebieskim. Mądrość
tego świata
jest krótkowzroczna, zadawala się krótkotrwałym
zadowoleniem i nie wybiega ku przyszłości. W związku z
tym, trzeba stwierdzić
jednoznacznie, że kierowanie się
mądrością tylko ludzką jest oszukiwaniem samego siebie,
jest kłamliwe.
Klasyczną
ilustracją skutków kierowania się mądrością tego świata
jest przypowieść o bogaczu i
łazarzu.
Bogacz, żyjąc na tym świecie opływał we wszystkie
możliwe dobra. Gdy umarł i został pogrzebany, znalazł
się w miejscu pełnym cierpienia, łazarz zaś, doznawał
teraz szczęścia. Bogacz, żaląc się na swój los, usłyszał
odpowiedź, że przecież w okresie życia ziemskiego już
zaznawał szczęścia, a łazarz przeciwnie, teraz jest
odwrotnie.
Samo życie podpowiada
nam, jak krótkotrwałe i niemożliwe, by zaspokoić
człowieka,
są dobra tego świata. One przeminą wraz z tym życiem.
Prawdziwe dobro i szczęście, za którym człowiek tęskni,
jest nie na tym świecie.
Czym jest mądrość
Boża? Jest
niewątpliwie owocem współpracy człowieka z bogactwem
siedmiu darów Ducha Świętego: dar mądrości, rozumu,
rady, męstwa, bojaźni Bożej, pobożności, umiejętności
(wiedzy). One nam pozwalają wybierać
dobro a odrzucać
zło.
Człowiek
mądry, kierujący się mądrością Bożą będzie się
zastanawiał, w jaki sposób spełnić
wolę Pana
Boga w codziennym życiu. Tymczasem człowiek kierujący
się mądrością tylko ziemską będzie wszędzie szukał
zaspokojenia swoich własnych ambicji i przyjemności. Dla
człowieka mądrego w znaczeniu ziemskim, nie ma problemu
oszukać kilku ludzi, jeśli
to mu się opłaci, albo nie ma problemu opuścić
niedzielną
Mszę świętą, jeśli tego wymaga interes i możliwość
zysku. Mądrość
Boża
podpowiada, że lepiej stracić,
byleby zyskać
o wiele więcej
w przyszłości. Ludzie kierujący się mądrością ziemską
łatwo wpadają w rozpacz i załamanie, gdy zawiodą ich
ziemskie wartości.
Przepięknym
przykładem kierowania się mądrością Bożą jest młoda
dziewczyna, która w wyniku niefortunnego skoku do wody
złamała sobie kark. Wszystko się nagle zawaliło,
myślała, że to już koniec. Jej historię opowiada film, w
którym ona sama gra własną rolę. Po jakimś czasie
przykuta do łóżka, opuszczona przez ukochanego chłopaka,
woła zrozpaczona do Boga: Dlaczego pozwoliłeś na to
wszystko? Dlaczego nie zmieniłeś na tę chwilę prawa
grawitacji? Teraz zostałeś mi tylko Ty. Niebawem
zrozumiała, że Bóg dał jej nowe zadanie. Mądrość
Boża
podpowiedziała jej, że jej zadaniem jest dawać
ludziom nadzieję,
a każdy dzień jest darem Pana Boga. Gdyby kierowała się
tylko ludzką mądrością, to dla niej i dla wszystkich,
którym się coś nie udało, już nie ma nadziei. Jednak
nadzieja jest, nawet w najbardziej dramatycznej
sytuacji, bo Bóg jest nadzieją.
Warto kierować
się w życiu
mądrością Bożą, bo ona jest pełna nadziei; ona nie
zawodzi i nie okłamuje.
A jak jest w twoim życiu?
XXI NIEDZIELA ZWYKŁA
– MOJA WIARA?
W pierwszym zdaniu dzisiejszej
Ewangelii Pan Jezus wskazuje na swoje Ciało,
jako Po karm konieczny do
zbawienia.
Wielu s łuchaczy
przyjęło te słowa z oburzeniem, wielu nawet odeszło
mówiąc: „Trudna jest ta mowa. Któż jej zdoła słuchać”.
Czy i wy chcecie odej ść?
- zapytał
Pan Jezus Apostołów. Co was tak zniechęciło? Trudna
nauka o Eucharystii? Wymagania jakie stawiam? Czyżbyście
nie wierzyli, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych?
„Panie, do kogó ż
pójdziemy, Ty masz słowa życia wiecznego!” – odpowiada
Piotr.
Niebawem Piotr i inni apostołowie
mieli się przekonać, że nie jest łatwo
pozostać przy Chrystusie. Przyszły
prześladowania, cierpienia znoszone dla Chrystusa i
męczeńska śmierć. Chrześcijaństwo
nie proponuje łatwizny. Przeciwnie, doświadczanie wiary
bywa bardzo bolesne i wymagające.
Chrystus nieustannie stawia pytanie:
„Czy i wy odejść
chcecie?” Jedni odchodzili, nie mogąc
udźwignąć
ciężaru
wymagań stawianych przez Chrystusa, inni, szukając po
omacku innych dróg, wracali, i podobnie jak Piotr,
odpowiadali: „Nie mamy dokąd pójść,
Ty masz słowa
życia wiecznego”.
Dziś,
podobnie jak przez wiekami, Chrystus stawia pytanie nam,
pokoleniu Jana Pawła II: „Czy i wy odejść
chcecie?” Niektórzy odchodzą,
ale inni wierzą głębiej i w sposób niezwykle bogaty
trwają przy Chrystusie, uznając Go za swego Pana i
Zbawiciela.
Problem wiary dzisiejszego społeczeństwa
jest ciągle badany i analizowany. Ludzi, którzy
deklarują się jako wierzący, podzieliłbym na cztery
grupy. Jedną z nich stanowią ci, dla których wiara rozpoczyna
się na
chrzcie świętym, później były inne sakramenty, chodzą
nieraz do kościoła, jednak nie czynią nic, by swoją
wiarę umacniać .
Niestety jest to dosy ć
duża grupa
ludzi wierzących. Inną grupę stanowią ludzie, którzy
wiarę traktują jako osobistą sprawę i nie chcą, aby
ktokolwiek wtrącał się w ich życie. Wymaganie, jakie
stawia Kościół odrzucają, praktyk
religijnych nie realizują w ogóle, twierdząc, że oni w
Pana Boga wierzą, ale nie muszą słuchać tego, co mówi
jakiś
kapłan, a nawet Ojciec święty. Zwykle, życie tych ludzi
zupełnie rozmija się
z wymaganiami stawianymi przez Chrystusa. Przyczyną
takiej postawy jest w gruncie rzeczy ten sam problem,
który mieli słuchacze Jezusa,
twierdząc,
iż trudna jest ta mowa, któż jej może słuchać.
S ą
też ludzie szukający. Czasem ich start życiowy był na
tyle skomplikowany, że nie udało im się spotkać
z Panem Bogiem. Ciągle
Go szukając. Chwytają się różnych możliwości, czasem
wchodzą na drogę sekty, licząc, że tam znajdą dla siebie
miejsce. Święty Augustyn zdaje się podpowiadać:
”Niespokojne jest serce człowieka,
dopóki nie spocznie w Bogu.”
Wreszcie trzecią
grupę stanowią ci, którzy starają się ciągle pogłębiać
swoją
wiarę. Pełno ich wszędzie tam, gdzie Kościół coś robi.
Są w grupach charytatywnych we wspólnotach formacyjnych.
Oni często
biorą do rąk Pismo święte, czytają i za wszelką cenę
chcą kierować się
Ewangelią. Oni po prostu wiedzą,
że nikt nie ma lepszej drogi życia niż ta, którą
zaproponował
Chrystus. Nie jest im łatwo żyć.
Bywają
ośmieszani przez współczesne „oświeceniowe i liberalne”
środowiska. Posądza się ich o staroświeckość
i dewocje, ale oni wiedzą,
dzięki wsparciu łaski Bożej, że idą najlepszą drogą.
Z takich ludzi cieszy się
Jan Paweł II, patrząc z okna w Domu Ojca. Oni są
nadzieją na przyszłość.
To nie są
ludzie tchórzliwi. Przeciwnie – mają w sobie tyle
odwagi, by stawiać czoła
wszelkim przeciwnościom.
Dzięki
Bogu za autentycznych chrześcijan. Oby ich szeregi się
powiększały, a wówczas nasze serca napełnią się
nadzieją.
A ty, bracie i siostro, jakim jesteś?
XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA
– OTWÓRZ SIĘ!
Większość
ludzi przychodzi na świat z pełną
sprawnością ciała. Widzą i słyszą, rozróżniają zapachy i
czują ciepło dotyku - jednym słowem postrzegają świat
wszystkimi zmysłami jakie Stwórca dał do dyspozycji
człowieka. Są jednak tacy ludzie, którzy już na samym
początku, od urodzenia, są pozbawieni jakiegoś zmysłu.
Zdrowy człowiek nawet sobie nie wyobraża, że można żyć
nie znając
koloru kwiatów i całego bogactwa świata barw. Nie
wyobrażamy sobie, że można żyć w
świecie
wszechogarniającej ciszy, usiłując sobie wyobrazić
dźwięk
ludzkiego głosy. Czasem ludzie zdrowi traktują tych,
którzy są pozbawieni jakiegoś zmysłu, w sposób bardzo
niehumanitarny, spychając ich na margines życia.
Pracodawcy nie chcą ich zatrudniać,
bo są mniej
wydajni i kłopotliwi. Czasem się użalamy nad ich losem.
Większość tych ludzi nie oczekuje
specjalnych przywilejów, chcą
tylko odrobiny serca i szacunku. Bo przecież oni sami w
niczym nie zawinili, że tacy są. Myślę, że ludzie w
pełni sprawni, normalni – jak ich się nazywa, mogliby
się bardzo wiele nauczyć od tych,
którzy są
ubożsi pod względem ciała. Pozbawieni wzroku, czy też
słuchu, potrafią „widzieć” to,
czego nie widzą
ludzie zdrowi, pełnosprawni.
Mając
cudowną władzę wzroku i w pełni sprawnego słuchu, nie
widzimy ludzkich potrzeb, nie słyszymy wołania o pomoc.
Głusi i niewidomi, zadawalamy się swoim egoistycznym
światem, zamykamy uszy, by nie słyszeć
wołania
ludzkiego serca. Ktoś powie, że to nieprawda, bo umiemy
włączać się
w akcje charytatywne, a na początku roku Owsiak robi
Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy – to chyba o czymś
świadczy. Owszem to prawda. Ale przecież jest w tym
bardzo wiele egoizmu, bo zaraz napiszą o tym w gazetach,
będą o tym bębnić w telewizji, a
ci niby wielcy społecznicy
urosną do rangi bohaterów, wychodzących przed Pana Boga.
Jezus zaś,
prosił uzdrowionego, by nikomu o tym nie mówił.
O, Boże,
powiedz do mnie „Effatha” i otwórz mnie, daj mi wrażliwy
wzrok serca, bym widział drugiego człowieka i usłyszał
jego wołanie o pomoc.
„Effatha” – otwórz się,
by spotkać Pana Boga. Sprawne oczy
i słuch nie
wystarczą, by nawiązań łączność z
Panem Bogiem. Potrzeba „wzroku duchowego”, bo Bóg
przychodzi do mojego wewnętrznego
„Ja”. Fizyczne zmysły mogą utrudnić
spotkanie z Panem Bogiem, a nawet oderwać
nas od Tego, który jest w nas. Współcześni
ludzie, szczególnie młodzi, bywają bardzo rozproszeni,
porozrywani zewnętrznie, a co za tym idzie – również
wewnętrznie. Trudno uzyskać
skupienie i opanowanie zmysłów.
Potężna ilość muzycznych decybeli,
ruch ciała
i rozbudzone zmysły, czynią człowieka maszyną, wypłukaną
z duchowości .
„Effatha!” Pomó ż
mi, Panie, otworzyć się
na Twoją Ewangelię i prawdę w niej zawartą. Ludzie lubią
sobie wybierać wygodne prawdy.
Czasem dochodzi do takich nonsensów, że ktoś mówi:
„Wierzę w Chrystusa, ale nie słucham tego, co mówią
księża.” Tymczasem księża mówią zwykle to, co
powiedziałby Chrystus. Współcześni ludzie lubią
wartościować według
własnych potrzeb. Te wartości, które są niewygodna dla
aktualnej sytuacji życiowej - choćby
były
fundamentalne dla chrześcijaństwa, łatwo odrzucają, by
mieć wrażenie
świętego spokoju. Ale jak tu mieć
spokój skoro swoim życiem zaprzeczam
Ewangelii?
Otwórz, Panie mój słuch
i mój wzrok, bym dzisiaj spotkał Cię i usłyszał Twoje
słowo.
Takie spotkanie ja to, wokół
Eucharystycznego Stołu, jest propozycją płynącą od Pana
Boga, by się zatrzymać i otworzyć .
Pomy ślmy,
ile mieliśmy okazji, by usłyszeć
Boże Słowo.
Wakacyjna oaza i każe tego typu spotkanie, są
zaproszeniem do otwarcia się na Pana Boga.
Niebawem pragnę
wyjść z inicjatywą
skierowaną do małżonków, by ich zaprosić
do utworzenia nowego Kręgu
Rodzin - Domowy Kościół.
Skieruję
także zaproszenie do przedstawicieli różnych grup
wiekowych, by włączyli się do grupy, którą można
wstępnie określić jako „Wspólnota
Posługi
Słowa Bożego”.
Panie, otwórz nasze serca na Twój głos,
byśmy zdołali usłyszeć i powiedzieć;
„Idę,
Panie!” xhdz.
XXIV NIEDZIELA ZWYKŁA
/B
Od lat stajemy wobec pytania, które
postawił
Jezus Chrystus Apostołom: „Za kogo wy mnie uważacie?”
Dobrze wiemy, że w tym pytaniu,
postawionym wówczas apostołom, a dziś nam - współczesnym
chrześcijanom, chodzi o wiarę. Apostołowie uwierzyli
Jezusowi. Poszli za Nim, zostawiając swoje rodziny,
zajęcia i dotychczasowe wizje przyszłości. Poszli za
Jezusem, ponieważ w Nim widzieli swego Pana i
Zbawiciela. Jednak nie przypuszczali jak wielkiej próbie
będzie niebawem poddana ich wiara. Przekonał się o tym
Piotr, którego po trzykroć pytano
o wiarę w
Jezusa, a on po trzykroć zdradzał
swego Mistrz mówiąc: „Nie znam tego człowieka”. Potem
przyszedł czas szczerego żalu, po którym Piotr już nigdy
nie zaparł się Pana. Wszyscy apostołowie, na czele z
Piotrem, dali piękne świadectwo swojej wiary. Dla
apostołów wierzyć znaczyło
tyle samo, co postawić Jezusa na
pierwszym miejscu w swoim życiu, iść
drogą Jego
Ewangelii i wytrwać przy niej do
końca.
Chcąc
oceniać postawę
dzisiejszych chrześnic wobec pytania: „Za kogo wy mnie
uważacie”, przez chwilę przyjrzyjmy się naszej rodzinie
parafialnej. Niemało pośród nas wspaniałych ludzi, dla
których Chrystus jest Panem. Można ich spotkać
często na
Eucharystii. Oni nie czekają na niedzielę, by przyjść
na Mszę
świętą, często można ich spotkać w
zwykłym
dniu tygodnia. Oni liczą się z Panem Bogiem, słuchają
Jego Ewangelii i starają się wpisywać
jej zasady do swego życia. Wielu z
nich pragnie pogłębiać swoją
wiedzę religijną, a także osobistą więź z Panem Bogiem i
gdy tylko nadarzy się okazja, włączają się w każde
dzieło, które do tego prowadzi. Oni nigdy nie zawiedli,
zawsze można na nich liczyć. Wierzę
mocno, że tak będzie zawsze. Chrystus mówi do nich: „Wy
jesteście przyjaciółmi moimi”.
Jednak jestem świadom, a myślę,
że większość podzieli tę
świadomość, że jest wielu
mieszkańców naszej wspólnoty parafialnej, dla których
wiara jest jedynie nic nieznaczącym dodatkiem, a nawet
pewnym utrudnieniem. Nie mogąc sprostać
wymaganiom wiary, o których mówił
święty Jakub w dzisiejszym drugim czytaniu, iż „wiara
bez uczynków martwa jest”, odrzucają wymogi etyki
chrześcijańskiej, krytykując wszystko, co się wiąże z
Kościołem. Nawet powiedziałbym, że jest pewna moda na
taką postawę, zresztą sprytnie kreowaną przez media.
Boją się szczególnie o młode pokolenie naszej parafii.
Rodzice, nie widząc efektów swego wychowania, zostawiło
ich samopas, a oni w pełni uprawiają „samowolkę”.
Edukację religijną zakończyli na poziomie gimnazjum,
zresztą nie przykładając się nigdy osobiście do
zdobywania wiedzy religijnej. Teraz dla pozorów i tzw.
„świętego spokoju” przychodzą pod ogrodzenie kościelne i
nigdy nie wchodzą do środka świątyni. Jeszcze inni, co
jest niezwykle oburzające, podjeżdżają pod plac
kościelny i siedzą w samochodzie, rozmawiając i paląc
papierosy. Chciałbym powiedzieć
takim zagubionym i smutnym osobom, że im współczuję.
Ludzie autentycznie wierzący mają sens i cel swego
życia. Dzięki temu ich życie jest pełne nadziei i
miłości. Umieją szanować swoją
godność, a swój los mają
w swym ręku. Dlatego raz jeszcze powtarzam, że
współczuję ludziom, którzy nie mają fundamentu wiary.
Współczuję z powodu tego ostatecznego spotkania się z
Prawdą, którą jest Bóg. Jeśli mnie teraz słyszysz, bo
masz okienko samochodu uchylone, to zapamiętaj: Nie
jesteś dziś na Mszy świętej! Święty Jan Chrzciciel
powiedziałby w takim momencie: „Już siekiera do korzeni
jest przyłożona. Każde drzewo, które nie przynosi owocu,
będzie wycięte i w ogień wrzucone”. Dziwię się tylko
rodzicom takich młodych ludzi, bo nie wierzę, aby nie
wiedzieli o takich incydentach.
Wiara, podobnie jak każda
inna wartość umysłu
i serca, wymaga stałej pracy. Piękny kwiat, jeśli nie
będzie systematycznie podlewany, pewnego dnia straci
swoje piękno i uschnie. By nie uschła wiara trzeba ją
pielęgnować .
Wszyscy ludzie wiary i dobrej woli,
którzy wiedz ą,
że wszystko otrzymujemy z ręki Pana Boga, mają okazję,
by dziś, podczas uroczystości dożynkowej, wyrazić
wdzięczność
wobec dobroci i miłości
Pana Boga, naszego Ojca. Chcemy wyśpiewać
hymn uwielbienia wobec Ojca dającego
życie i codzienny pokarm. xdzh.
XXVI NIEDZIELA ZWYKŁA
/ B
Grzech jest doświadczeniem,
z którym człowiek musi nieustannie się zmierzać.
Świadomość
tego faktu nie powinna nas jednak przygnębiać,
ale przeciwnie - znając
sytuacje, z jaką mamy do czynienia - musimy każdego dnia
dokonywać wyborów. Grzech jest
niewątpliwie
wrodzoną chorobą, z jaką przychodzimy na świat.
Niebieski Lekarz, który złożył siebie n ołtarzu krzyża
towarzyszy nam w tej codziennej walce z grzechem. Sam
przecież mówił, że nie przyszedł do sprawiedliwych, ale
do grzeszników. Przyszedł w tym celu, by podać
grzesznikowi rękę.
Ale pod pewnym warunkiem. Trzeba wyciągnąć
swoją rękę
w kierunku Jezusa. Przykład takiej postawy dał nam tzw.
Doby łotr, który miał świadomość
licznych grzechów, a jednocześnie
wiarę, że Jezus, choć znajduje się
w podobnej sytuacji jak on, jednak może mu pomóc.
Pan Jezus stoczył
bój o nasze zwycięstwo nad grzechem. Stało się to na
Golgocie, gdy wołał: „Ojcze, odpuść
im, bo nie wiedzą
co czynią!” Teraz kolej na mnie. Ja muszę stoczyć
bezkompromisowy bój o ostateczne zwycięstwo
nad grzechem. Czy jest to możliwe? Owszem, możliwe, o
ile bardzo tego chcemy.
Od czego zacząć?
Wyobraźmy
sobie, że odczuwamy ból w klatce piersiowej i udajemy
się do lekarza. Lekarz ustala diagnozę: problemy z
płucami. A my pytamy o przyczynę naszej choroby, a potem
słuchamy poleceń, które mają nam pomóc. Przyczyną są
papierosy. Lekarz mówi: „Żaden organizm nie wytrzyma
takiego znęcania się nad nim. Czy jest ratunek? Owszem,
bezwzględny zakaz palenia – z tym trzeba zerwać,
jeśli chce
się jeszcze troszkę pożyć. Teraz
przychodzi czas na walkę
ze sobą, ze swoim nałogiem i przyzwyczajeniami.
Podobna sytuacja jest z każdym
grzechem, który jest skutkiem osłabienia naszej natury.
Trzeba się odciąć od tego, co
prowadzi bezpośrednio
do grzechu.
Znany nam pisarz, a zarazem profesor
wyższej
uczelni, który zajmuje się uzależnieniami, sam opowiadał
o sobie jako człowieku uzależnionym od alkoholu. On wie,
że jest alkoholikiem i dlatego obecnie nie używa
alkoholu. Pewnego razu, będąc w Stanach Zjednoczonych,
po kolejnym upiciu się na tzw. „trupa”, dowiedział się
od lekarza, że jego wątroba jest już w stanie
kompletnego zniszczenia i pozostało mu dwa, no może
trzy, miesiące życia. A kiedy ze zdziwieniem i
niedowierzaniem pyta, czy tak rzeczywiście z nim źle,
słyszy obojętne i kpiące słowa lekarza: „No, wie pan, ja
tu już nic nie poradzę, ale to nic nadzwyczajnego, że
kolejny alkoholik umiera – tulu ludzi umiera.” Alkoholik
pyta lekarza czy jednak coś można jeszcze zrobić.
Lekarz mówi, że medycyna nic
już nie może zrobić, jedynie on
sam. Wątroba
ma możliwość regeneracji, ale
wszystko zależy
od niego samego. Wrócił do domu i myśli: Jeżeli ode mnie
zależy moje życie lub śmierć, to
ja chcę żyć.
Odciął się
od źródła choroby. Usunął alkohol ze swego życia. Żyję
dalej. Wciąż jest alkoholikiem, który odciął się od
alkoholu i nieustannie musi teraz czuwać
nad sobą,
by wpaść w sidła
prowadzące do śmierci.
Każdy
grzech jest zagrożenia dla naszego życia wiecznego. Nie
można lekceważyć takiego zagrożenia.
Najbardziej przerażające jest to, że jeden drugiego może
prowadzić do grzechu; jeden
drugiego naraża
na śmierć. Takiemu „byłoby
lepiej uwiązać kamień
młyński u szyi wrzucić go w
morze”.
A ż
strach pomyśleć, że np. ojciec,
który ma chronić swoje dziecko
przed zgubą
grzechu, czy matka, albo inna osoba, która powinna się
troszczyć o dobre wychowanie i
obronę
przed złem, może być powodem
grzechu.
My bardzo cz ęsto
w sposób beztroski dajemy zgorszenie innym, w tym
również swoim dzieciom, i nie czujemy w sumieniu
odpowiedzialności za zło, które rozsiewamy.
Bardzo smutnym, i niestety dość
powszechnym zjawiskiem, jest przewaga w promowaniu zła,
a zupełny brak promocji dobra. Przecież tego dobra jest
tak wiele wokół nas. Przecież wokół nas jest tak wielu
ludzi szczerych i uczciwych, podających kubek wody do
picia innym, ale o nich cisza, nic się nie mówi, bo to
nie jest sensacyjne, nie warte zainteresowania mediów.
Tylu wspaniałych kapłanów od świtu do nocy poświęca się
pracy wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, ale o nich
się też nie mówi, bo po co. Lepiej powiedzieć
o jakimś
księdzu, który nie zapanował nad swoją słabością.
Ostatnio, przy okazji obchodów 35.
rocznicy Ruchu Światło-Życie w
naszej diecezji spotkałem ks. Jana Mikosa, którego
pamiętamy z rekolekcji. Ma w tej chwili 75 lat, prowadzi
schronisko dla bezdomnych im. Brata Alberta i buduje
nowy dom, by pomieścić wszystkich,
którzy się
zgłaszają. On był zawsze taki. Ale o tym też niewiele
się mówi. Nie ma też pieniędzy na wsparcie tego dzieła.
Tymczasem, bodaj jedynym i umiłowanym
zajęciem ludzi prasy, radia i telewizji jest szukaniem
zła, skandalu, przykładów okrucieństwa itd. Członkowie
różnych partii nie umieją z sobą rozmawiać
i nie potrafią
zobaczyć żadnego dobra w
przeciwniku politycznym, jedyne czym się zajmują to
szukaniem sposobów, by innym podłożyć
nogę i
jeszcze nagrać przykłady
zła. Zagubiło się gdzieś dobro naszej Ojczyzny. Nie
rozmawia się o tym, jak rządzić
Polską, a
tych, którzy próbują coś naprawić,
krytykuje się
na każdym kroku. Strasznie dużo hipokryzji i amnezji
historycznej. Kilka lat kalectwa w rządzeniu już zostało
zapomniane przez ludzi danego systemu komunistycznego i
teraz biorą się za krytykę tych, którzy próbują
przywrócić wszystko na swoje
miejsce.
Wszyscy jeste śmy
chrześcijanami i nie powinniśmy zapominać
o naszych zobowiązaniach
wynikających z wiary świętej. Nie wolno nam zapominać
o ewangelicznym kubku wody wzajemnie sobie podawanym, o
dobroci i
łagodności i o wzajemnej pomocy.
XXVIII NIEDZIELA ZWYKŁA
„Modliłem
się i dano mi zrozumienie, przyzywałem, i przyszedł na
mnie duch Mądrości”.
To słowa
wyjęte z pierwszego dzisiejszego czytania, z Księgi
Mądrości.
Autor tych słów,
a także następnych, ukazuje wyższość
owego ducha Mądrości
nad wszelkie bogactwa tej ziemi.
Cóż
to za mądrość, stojąca
wyżej niż dobra tego świata, za którymi ludzie tak
gonią? Mądrość w rozumieniu współczesnej
ekonomii wiąże się z umiejętnością dokonywania takich
zabiegów, które przyniosą jak najwięcej właśnie dóbr
materialnych. Im więcej masz, tym bardziej będziesz
ceniony i nazywany mądrym.
Tymczasem, dla autora Księgi
Mądrości, dobra zdobyte na drodze mądrości ludzkiej, są
piskiem i błotem. Nie mają żadnej wartości i nie
przynoszą człowiekowi szczęścia.
Zapytano kiedyś
pewnego bardzo bogatego człowieka: pan zapewne musi być
bardzo szczęśliwy,
ma pan wszystko, może pan zmieniać
kobiety jak rękawiczki,
ma pan własny samolot i wiele innych rzeczy? I jego
odpowiedź: Nigdy nie byłem szczęśliwy, nawet przez
sekundę nie miałem poczucia szczęścia.
Gdzie leży
owa mądrość ducha, dająca
poczucie szczęścia i zadowolenia w życiu, a co
najważniejsze: dająca gwarancje zbawienia, czyli
ostatecznego szczęścia?
Ewangeliczny młodzieniec
też miał taki problem. „Nauczycielu, co mam czynić,
by osiągnąć życie
wieczne?” Tak naprawdę ów młodzieniec pytał o ducha
Mądrości, albowiem czuł, że tego mu brakuje. Okazało
się, że mimo zachowywania bardzo wiernie wszystkich
przykazań, przynajmniej takie miał mniemanie, czuł, iż
czegoś mu brakuje.
Padła
odpowiedź: Idź, sprzedaj swoje dobra, które posiadasz,
rozdaj je ubogim, a będziesz miał skarb w niebie.
Niestety, tej propozycji ów młodzieniec nie przyjął.
Zasmucony odszedł, by dalej się upajać
posiadanym bogactwem.
Kto ś
może zapytać: czy w związku
z tym, grzechem jest posiadać
jakieś
określone dobra materialne, które przecież są konieczne
do życia? Oczywiście, że odpowiedź jest tutaj
jednoznaczna. Dobra materialne są obiektywnymi dobrami,
o które, w myśl słów wyjętych z Księgi Rodzaju,
powinniśmy zabiegać, czyniąc
sobie ziemię poddaną. Zło leży w samym człowieku, a nie
w dobrach materialnych, które przecież są stworzone
przez Pana Boga. Z człowieka wychodzi zło, polegające na
złym wykorzystywaniu dóbr materialnych, które ma swoje
źródło w pysze i egoizmie. To one sprawiają, że ludzie
na tle dóbr materialnych szaleją, odchodzą od Pana Boga
zasmuceni i czasem już nigdy nie wracają.
Trzeba mieć
w sobie tyle pokładów
dobra, by umieć się
tym dobrem podzielić z innymi ludźmi.
Wczoraj oglądałem
film, w sumie dość banalny, ale
padły tam
piękne słowa: „Każdy człowiek ma w sobie dobro i zło.
Dla tego dobra warto żyć i
przekazywać
je innym”.
Pomy ślałem
sobie, że czasem najtrudniejszą rzeczą jest odnalezienie
w sobie owego dobra. Do tego potrzebny jest duch
Mądrości, pochodzący od Boga, który pomaga dokonać
w nas samych swego rodzaju selekcji pod kątem
dobra i zła. Niestety, czasem jest tak, że na pierwszy
plan wychodzi zło, które współistnieje w nas obok dobra.
Wtedy dzieją się rzeczy katastrofalne. Ma się wrażenie,
że w tym człowieku jest samo zło. Cokolwiek robi
wychodzi na zło. W końcu on sam, zupełnie zrezygnowany,
poddaje się owemu złu, sądząc, że on już nie jest w
stanie dokonać żadnego dobra.
„Utracony raj”, który był naszym udziałem w momencie
chrztu, pozostał tylko marzeniem.
Czy jednak tak musi być?
Czy już nie
ma dla nas nadziei?
Nieprawda, nadzieja zawsze jest, bo
Bóg jest nadzieją.
U Boga wszystko jest możliwe, także powrót do
„utraconego raju”.
XXX NIEDZIELA ZWYKŁA/B
„Jezusie, Synu Dawida, ulituj się
nade mną” - wołał Bartymeusz. Inni nastawali na niego,
aby dał spokój. On ci nie pomoże!
Jednak Bartmeusz dalej wołał.
Wierzył bowiem, że Jezus może mu pomóc. Jego wiara i
wytrwałość w wołaniu
do Boga została wynagrodzona - Bartymeusz przejrzał!
Zobaczył to, czego dotąd nie widział. Nie wiem, czy był
zachwycony tym, co zobaczył. Czy zachwycony był widokiem
ludzi i ich czynów, ich codziennego życia? Może byłoby
lepiej dla niego, gdyby tego wszystkiego nie zobaczył.
Miałby nadal swój świat ciemności, ale jednocześnie
świat czystości - świat, którego nie znają ludzie
uchodzący za zdrowych i w pełni sprawnych. W pewnym
sensie można powiedzieć, że Bartymeusz
widział, będąc niewidomym, to, czego otaczający go
ludzie nie widzieli, choć
dysponowali w pełni
sprawnymi oczami. Bartmeusz nie potrzebował zdrowych
oczu, by dziwnym, wewnętrznym wzrokiem, zobaczyć
w Jezusie z Nazaretu Kogoś,
który może mu przywrócić wzrok.
Bartymeusz uwierzył
w boską moc Jezusa, dlatego tak uporczywie domagał się
spotkania z Nim.
Na osobie Bartymeusza prawdziwe stają
się słowa: „wiara czyni cuda!” Jeśli nie ma wiary, nie
ma też cudów. Jeżeli nie ma wiary, pozostają tylko oczy,
a one, choć widzą
kształty i barwy, to jednak nie widzą wszystkiego.
Powiem rzecz bulwersującą, zresztą cytując samego Jezusa
Chrystusa: „Jeżeli twoje oczy są dla ciebie powodem
grzechu, to byłoby lepiej, byś jako jednooki wszedł do
Królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu, znalazł się w
piekle”. Czasem oczy mogą stać się
przekleństwem dla człowieka.
Jesteśmy
chyba wszyscy pod wrażeniem wydarzeń z ostatniego
tygodnia. Mam tu na myśli śmierć
14. letniej dziewczynki, uczennicy gimnazjum, która
najpierw została
poniżona przez kolegów z klasy, a następnie popełnił
samobójstwo, nie mogąc żyć ze
świadomością krzywdy jaką jej ci młodociani przestępcy
wyrządzili. Wiele dyskutowano ostatnio na temat
problemów związanych z wychowaniem młodych ludzi.
Szkoda, że dyskutuje się na ten temat dopiero po
dramatycznym wydarzeniu, a nie wcześniej. Problem braku
wychowania trwa od lat. Nauczyciele od dawna stracili
autorytet, a właściwie odebrano im instrumenty
wychowawcze. Mówi się, że dawniej nauczyciele mieli
autorytet. Owszem, pamiętam nieco tamte czasy. Pamiętam
również fakty, które dziś są niedopuszczalne.
Rozmawiałem z nieżyjącym już p. Bielem, nauczycielem
dawnej szkoły. Dzieci czuły dyscyplinę. Niejednokrotnie
dostało dziecko tzw. łapę. Wracało do domu i nikomu ani
słówka, bo rodzice mogliby poprawić.
Nie jestem za wymierzaniem kar fizycznych, ale jakiś
rodzaj dyscypliny powinien mieć
miejsce. Potrzebna jest kontrola, a co za tym idzie -
wyciąganie
konsekwencji, jeśli okaże się, że młody człowiek
(dziewczynka czy chłopiec) źle używa daru mowy, daru
wzroku, źle się ubiera, fatalnie się zachowuje wobec
starszych itd.
Zastanawiam się
nad tym, co dziś szczególnie wpływa na to, że mamy źle
wychowane dzieci, brak kultury bycie, brak szacunku
wobec starszych, że dochodzi do takiej tragedii, jak ta
ostatnia? Dzisiejsza ewangelia podsuwa mi odpowiedź na
to pytanie. Okazuje się, że czasem posiadany wzrok może
mieć wpływ
na to kim jestem i jaki jestem. Do czego ci potrzebne są
oczy? Bartymeusz uwierzył w Boga zanim otrzymał zdrowe
oczy. Tak więc, oczy nie są potrzebne, by uwierzyć
w Boga. Po otrzymaniu daru wzroku Bartymeusz zobaczył
świat i ludzi, ale dalej wierzył. Dziś bywa wszystko
odwrotnie, jakby postawione na głowie. Dzieci muszą mieć
dostęp do
Internetu, bez ograniczeń buszować
po stronach, muszą
mieć komórkowy telefon i muszą
mieć wszelkiego rodzaju rozrywkę,
bo im się należy, taka jest dziś moda. Ale nie muszą
pracować nad swoją
wiarą, nie muszą jej pogłębiać,
nie muszą,
a nawet nie powinny sobie stawiać
wymagań,
nie muszą się spowiadać itd.
Rodzice o wszystko zadbają,
by ich dziecko nie było gorsze od innych dzieci. I tak
trzeba nam tylko czekać na skutki.
Jezusie, Synu Bo ży,
spraw, byśmy przejrzeli na oczy! Trzeba wreszcie
zobaczyć swoje błędy.
Umieć krytycznie się
do nich ustosunkować i zacząć
wielką
pracę nad sobą. Myślę, że przyszedł najwyższy czas, by
przyjść do Jezusa i prosić:
„Panie, pragnę
przejrzeć!”
UROCZYSTOŚĆ
WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
Ludzie przychodzą
i odchodzą, rodzą się i umierają. Tych, którzy byli
przed nami, już nie ma. Pozostały po nich wspomnienia.
Żyjący stawiają im pomniki, a wielu z nich Kościół
ogłasza świętymi.
Błogosławione
życie, które pozostawia po sobie piękne ślady.
Błogosławione życie, o którym papież uroczyście mówi, że
warto je naśladować .
Pójd ę
dziś alejkami cmentarnymi, przeczytam napisy nagrobkowe,
zatrzymam się, by zapalić świecę, pomodlę
się za ich duszę i może pomyślę sobie: Czy oni są
świętymi?
Historia wielu z nich zasługuje
na świętość. Są
przecież pośród tych cichych mieszkańców naszych
nekropolii ludzie, którzy przeszli przez życie z
podniesioną głową – odnieśli zwycięstwo nad swoją
słabością, nad niemocą, nad sprzeciwem otoczenia. Oni
pokonali samych siebie. Czy nie ma takich? Czy nie
znaliśmy takich? To były często nasze dzielne matki,
które odważyły się nas urodzić,
zatroszczyły
się o nasze chrześcijańskie wychowanie, o naszą kulturę
osobistą. A to przecież niełatwe zadanie.
Mamo, chcę,
abyś była świętą, nawet wierzę, że tak jest, bo byłaś w
moich oczach święta. Zawsze zapracowana, ale zawsze
mająca czas na Boże sprawy. Tylu rzeczy nie poznałaś,
które ja teraz znam, bo przyszły inne czasy i inny
świat.
Ile takich matek odeszło
do Pana i otrzymało nagrodę za pięknie spełnione zadnie
małżeńskie i rodzinne? Błogosławione matki!
Błogosławieni ojcowie!
Czy to możliwe?
Tak, to możliwe, bo Bóg nas obdarzył miłością i nazwał
nas dziećmi Bożymi.
On nas uczynił dziedzicami nieba.
Przepiękna
jest ta dzisiejsza uroczystość, bo
mówi nam o nadziei. Wszyscy przecież
czekamy na nową ziemię i nowe niebo. Wszyscy chcemy być
ubrani w białe
szaty i mieć palmy w ręku.
Świętość nie jest tylko dla
wybranych, ona jest dla wszystkich. Zarówno dla księdza,
zakonnicy, dla profesora i robotnika fabryki, dla
policjanta i dla zwykłej mamy, która ma jeden,
przepiękny zawód – wychowywać
swoje dzieci na wspaniałych
ludzi.
Ważność
dzisiejszej uroczystości
polega właśnie na tym, że mamy dziś okazję przypomnieć
sobie o naszym zaszczytnym powołaniu,
jakim jest świętość. Gdybyśmy
o tym powołaniu wszyscy pamiętali, to nie byłoby takiej
Ani, która odebrała sobie życie po tym, jak koledzy z
klasy ją sponiewierali. Gdyby w porę zrozumieli, że ich
powołaniem jest świętość, to nie
byłoby tego
dramatu.
Nie bójmy się
często mówić naszym dzieciom o
świętości.
W ostatniej klasie gimnazjalnej, a
jeszcze bardziej w klasie maturalnej, często
rozmawia się o przyszłym zawodzie, o przyszłej pracy.
Ktoś czasem wpadnie na genialny pomysł i powie, że ja
będę pracowała w takim zawodzie, do jakiego mam
powołanie. Pięknie. Ale można by jeszcze do tego dodać.
Chcę
pracował w takim zawodzie, który poprowadzi mnie do
mojego zasadniczego powołania, jakim jest uświęcenie
siebie. Trzeba się zastanawiać nad
tym, czy w tym konkretnym zawodzie zdobędę
świętość .
Obecnie trwaj ą
dyskusje wokół wychowania młodego człowieka. Już
niemalże wszyscy doszli do wniosku, że nie można młodemu
człowiekowi oferować zasady:
„Róbcie, co chcecie”, bo to kończy
się tak jak widzimy. Mam propozycję: Trzeba zachęcić
młodych
ludzi do świętości. Należy mówić:
„Róbcie to, co służy
waszemu uświęceniu”. Ze świętym dobrze nam będzie żyć,
a z takim, które robi, co chce, nie da się
wytrzymać.
Świętość wymaga pewnej dyscypliny nad
sob ą. Nie
oczekujmy, że młody człowiek sam sobie narzuci
dyscyplinę. Raczej czeka, aby inni wskazali mu drogę i
narzucili konieczną dyscyplinę. Lekarz zwykle nie pyta
chorego, czy ten chce używać te
niesmaczne leki, raczej wypisuje receptę
i każe używać. Jest w naturze
ludzkiej coś
takiego, co każe wybierać szeroką
i przestronną drogę – jednym słowem życie bez wysiłków.
Tymczasem, chcąc zdobyć ostateczne
zwycięstwo,
trzeba sobie narzucić wysiłek.
Zawodnik, który chce odnieść
sukces sportowy, musi bardzo dużo
trenować. Czasem będzie
to wymagało wielu wyrzeczeń i rezygnacji. Ale myśl o
przyszłym zwycięstwie rekompensuje wszelkie trudy i
niewygody. To samo dotyczy świętości.
Błogosławione
są łzy i wszelki smutek, które prowadzą do świętości.
Błogosławione jest milczenie, które prowadzi do
świętości. Błogosławione jest ubóstwo, które prowadzi do
świętości. Błogosławione jest niezrozumienie ze strony
otoczenia i prześladowanie, które prowadzi do świętości.
Błogosławiona
jest skromność dziewcząt
i chłopców, która prowadzi do świętości.
XXXI NIEDZIELA ZWYKŁA
Usłyszeliśmy
dziś zachętę do podwójnej miłości: Boga i bliźniego.
Tymi słowami Pan Jezus pokazał nam dwie drogi, którymi
powinniśmy iść codziennie przez
życie. Są
one bardzo ściśle ze sobą powiązane - jedna warunkuje
drugą. Nie można bowiem kochać
Pana Boga nie kochając
jednocześnie człowieka, a także nie można kochać
człowieka,
nie kochając Pana Boga. Miłość bez
tych dwóch dróg, które jak autostrada biegną
zawsze obok siebie, będzie czymś okaleczonym i w gruncie
rzeczy fałszywym.
Kochać
Pana Boga to znaczy odpowiedzieć
na Jego uprzedzającą
miłość, jaką
od zarania dziejów darzy człowieka. Trudno nawet mówić
o bezinteresowności
tej miłości do Pana Boga, ponieważ człowiek ma zawsze
interes, by kochać swego Stwórcę
i Pana. Tej uprzedzającej miłości każdy z nas
codziennie, a właściwie w każdej chwili, doświadcza na
sobie samym. Wystarczy pomyśleć o
darze
życia, nieustannie podtrzymywanym przez Boga, o darze
łaski przebaczającej nam nieustannie. Można by mnożyć
przykłady
świadczące o tej przeogromnej miłości, na którą człowiek
daje odpowiedź swoją, czasem bardzo niezdarną miłością.
Miłość
ku Bogu jest więc
drogą każdego człowieka. I oto na tej drodze spotykamy
drugiego człowieka. Staje on przed nami także jako
droga, która prowadzi do miłości Pana Boga. Stawiamy
sobie dziś pytanie jak mam tę drogę realizować.
Odpowiedź
jest oczywiście jedna: poprzez akt miłość.
Bywają
miłości łatwe, która w zasadzie same jakby się wyzwalają
z naszego serca, ale bywają też miłości trudne, które
wymagają jakiegoś głębokiego samozaparcia się siebie,
czasem nawet jakiegoś zapomnienia o sobie. Kochać
powinniśmy
ze względu na to, że miłość jest
zawsze piękna.
Poprzez miłość człowiek
sam się realizuje, a co za tym idzie – zbawia się.
Kochać
człowieka
to znaczy być przy człowieku
i być z człowiekiem.
Nic dziwnego, że dziś
zgromadziliśmy się przy księdzu Sławomirze. Nasza
obecność, a szczególnie obecność
dzieci i młodzieży,
jest odpowiedzią na obecność
naszego dzisiejszego Solenizanta przy dzieciach i młodzieży.
Ks. Sławomir oddaje im od lat najlepszą część
swojego bardzo aktywnego życia. Nic więc
dziwnego, że dziś zgromadziliśmy się na tej Eucharystii,
bo tak trudno opowiedzieć słowami
o miłości, czasem jest to wręcz niemożliwe, potrzeba
prostej, a jakże czytelnej obecności.
Kochać
człowieka
to służyć mu. Różnie
można tę służbę realizować. Zupełnie
inaczej będzie ją realizował kapłan – duszpasterz, a
zupełnie inaczej ojciec czy matka, jeszcze inaczej
nauczyciel, a jeszcze inaczej ktoś, kto pełni jakąś
odpowiedzialna funkcję w społeczeństwie i narodzie.
Za tydzień
będą wybory do jednostek samorządowych. Myślę, że trzeba
na tę sprawę popatrzeć równie
przez pryzmat miłości.
Pan Jezus na innym miejscu Ewangelii powiedział, że ten
kto chciałby innymi rządzić, ten
musi się
nauczyć służyć
innym. Przez lata doświadczaliśmy
bardzo kalekiego rozumienia sprawowanej władzy.
Sprowadzała się ona w jakimś sensie do zaspakajania
swoich własnych aspiracji. Ci sami ludzie, których teraz
widzimy w kajdankach prowadzonych do aresztu, jeszcze
nie tak dawno temu, dumnie, z poczuciem „lwicy”, jawili
się jako mający pełną i niepodważalną władzę. Dobrze, że
ich czas minął.
Cieszy fakt dokonujących
się przemian w naszej „małej ojczyźnie”, jak często się
mówi o środowisku, w którym żyją ludzie. To jest jak
najbardziej uzasadnione – to jest nasza mała ojczyzna i
trzeba o nią dbać, a nawet wałczyć.
Gdy pojawiłem
się tutaj w 1989 roku, zobaczyłem wiejskie drogi i puste
przestrzenie, które oddzielały poszczególnych
mieszkańców. W ciągu ostatnich kilku lat dokonały się
niesamowite zmiany. To jest jakiś wymiar troski o swoje
środowisko, a to z kolei, jest pewnym wymiarem miłości
do człowieka. Każdy, kto tworzy tę „małą ojczyznę” ma
obowiązek włączyć się
w troskę o nią. Udział w wyborach jest wyrazem tego
zatroskania, jest bardzo czytelnym znakiem miłości do
współmieszkańców tej ziemi.
Trzeba uwierzyć
komuś, kto
daje gwarancje, że zatroszczy się o naszą małą ojczyznę
i dać w jego ręce
władzę, bo on na niej żyje i pracuje, bo tutaj modli się
i chwali Pana Boga.
„Będziesz
miłował Pana Boga i … będziesz miłował człowieka, jak
siebie samego”. To jest droga, którą winniśmy iść
do naszej Ojczyzny niebieskiej.
XXXII NIEDZIELA ZWYKŁA
Wielu ludzi
wrzucało
ofiary do skarbony świątynnej. Bogaci wrzucali bardzo
wiele. Zapewne inni, widząc to, kłaniali im się z
wdzięcznością i uznaniem, ponieważ widzieli w nich
wielkich ofiarodawców i dobroczyńców. Nikt nie zauważył
ubogiej kobiety, wdowy, która ledwie wiązała koniec z
końcem. Ona też wrzuciła ofiarę mniejszą niż tamci,
jeśli weźmiemy pod uwagę wielkość
ilościową.
Jednak ona dała najwięcej dała bowiem wszystko co miała
na swoje utrzymanie. Gdyby nie Jezus, nikt nie
zauważyłby jej ofiary. Nikt się nie zainteresował tym,
że ona już nie będzie miała za co żyć
jutro i pojutrze. Dzięki
Jezusowi właśnie ona przeszła do historii, wszyscy,
którzy wezmą do ręki Ewangelię, o niej mieli się
dowiedzieć .
Oczy Boga s ą
pełne ciepła i dobroci, widzą to, czego człowiek nie
widzi i czasem obojętnie omija. Oczy ludzi zatrzymują
się przy rzeczach wielkich, pełnych iluminacji i bardzo
krzykliwych. Rzeczy małych nie zauważa się tylko
dlatego, że są mało, nieatrakcyjne i nieopłacalne.
Również ludzi małych i biednych często się nie zauważa.
Zauważa się natomiast ludzi wielkich i silnych, którzy
wszystko mogą, którzy zdobywają medale i mają wiele
zwycięstw na swym koncie, oni są zauważani i podziwiani.
O nich się pisze artykuły, układa piosenki i
przygotowuje programy telewizyjne. Ci inni, którzy nie
mogą tyle zdziałać, i którzy nie
zdobywają
medali olimpijskich i mistrzowskich tytułów, i których
nie stać na żaden luksus tego
świata, są zapomniani i czasem zupełnie pomijani.
Sztuką, a zarazem chrześcijańskim zobowiązaniem, jest
zobaczyć tych słabych
i łaknących naszej pomocy. Zobowiązanie to dotyczy
wszystkich noszących imię chrześcijan, ale szczególnie
tych, którzy w ludzkiej hierarchii zajmują nieco wyższe
i eksponowane stanowisko. Z góry bowiem powinno się
widzieć nieco więcej
niż z dołu. Bywa jednak tak, że z chwilą osiągnięcia
owej góry w hierarchii ważnych stanowisk ludzkich,
zapomina się i nie zauważa tych, którzy są na dole
spragnieni naszej pomocy.
Potrzebne są
nam oczy Boże, które widzą ubogą wdowę i to, czego inni
nie dostrzegają.
Uboga wdowa to symbol wielkiego
serca, które czasem zupełnie
rozmija się z ekonomicznym myśleniem, kalkulowaniem,
liczeniem zysków i strat. Dla ubogiej wdowy liczy się
tylko miłość, która nie stawia
barier – jest otwarta na człowieka.
Daje wszystko co posiada, pamiętając, że Bóg jest bogaty
w miłosierdzie.
„Uboga wdowa” jest jakby
zaprzeczeniem logicznej zasady, według
której „im więcej ktoś ma, tym więcej powinien dać”.
Wszyscy dają
to, co im zbywa, ona zaś, mając niewiele, daje wszystko,
co ma – całe swoje utrzymanie.
Samo życie jakże
potwierdza słuszność zasady
„wdowiego grosz”. Jako proboszcz budującej
się parafii, mam wiele doświadczeń, które stanowią żywe
świadectwo kontynuacji „wdowiego grosza”. Mogę nawet
zaryzykować powiedzenie, że niejednokrotnie
starsze panie i ich „wdowi grosz” ratowały sytuacje
finansową parafii w okresie trwania budowy świątyni
parafialnej. Tak też jest do dnia dzisiejszego. One
zawsze wysupłają swój grosz, by wesprzeć,
by dać
na Dom Pana. Na nich mogłem
i mogę zawsze liczyć .
Pan pochwali ł
dziś tę piękną postawę. Wszyscy winniśmy się uczyć
takiego serdecznego zatroskania o wspólne dobro. Dotyczy
to także
zatroskania o wspólne dobro jakim jest Ojczyzna, zarówno
ta wielka, której na imię Polska, jak również ta mała, w
której żyjemy, pracujemy i jesteśmy. Dziś, gdy wybieramy
ludzi, którzy będą nas reprezentowali we władzach
samorządowych, starsze osoby, czasem z trudem
poruszające się na nogach, dadzą nam zapewne przykład
udziału w wyborach. Podziwiam jak idą i wrzucają swój
wyborczy głos, aby zatroszczyć się
o swój dom. One wiedzą, że o swoją „małą ojczyznę”
trzeba walczyć. Trzeba odrzucić
wszelkie jakieś
osobiste uprzedzenia i posłać
swoich ludzi, którzy tak jak my, wierzą
w Pana Boga, przystępują razem z nami do Komunii świętej
i pragną dobra naszej ziemi. Niech się tego uczą młodzi
ludzie, którzy czasem nie widzą nic poza swoim egoizmem
i obrażeniem się na „cały świat”.
Wybory to też
sprawa odpowiedzialności za wiarę. Jeżeli na urzędach
znajdą się ludzie, którym obce, albo obojętne są sprawy
patriotyzmu, czyli umiłowania ojczyzny, sprawy świętej
wiary naszych przodków, to nasze sumienie będzie
odpowiedzialne za taki stan.
WSZYSTKICH
ŚWIĘTYCH
Wszyscy zapewne znamy piosenki
zespołu dziecięcego o nazwie „Arka Noego”. Jedną z
najbardziej znanych piosenek tego zespołu jest „Święty
uśmiechnięty”. Ta piosenka wyraża prawdę dotyczącą
dzisiejszej uroczystości. Mówi o tym, że wszyscy,
niezależnie od wieku i stanu, jesteśmy powołani do
świętości: „Taki duży, taki mały – może świętym być;
taki gruby, taki chudy – może świętym być; taki ja, taki
ty – może świętym być!” Tak więc, dzisiejsza uroczystość
opowiada o tych, którzy już zrealizowali powołanie do
świętości.
Teraz kolei na nas!
Trzeba przyznać, że często
zapominamy o takim wymiarze dzisiejszej uroczystości.
Pamiętam poprzednią epokę i wysiłek tzw. „animatorów”
systemowych, którzy dwoili się i troili, by w
uroczystość Wszystkich Świętych nie wspomnieć o
świętych, a tym bardziej o naszym powołaniu do
świętości. Zresztą tak się dzieje do dziś. Łatwiej jest
bowiem zapalić świecę na grobie, poopowiadać o sławnych
nekropoliach, niż rozważyć Ewangelię mówiącą o drodze do
świętości.
A tymczasem, nie zapominając o
miejscach spoczynku wielu znanych i sławnych ludzi,
powiedzieć o tym, co należy uczynić, by dzisiejsza
uroczystość była również moim świętem.
Kiedy dziecko przychodzi na świat,
rodzice powinni sobie od razu uświadomić, że ich
zadaniem zasadniczym jest przyjść z pomocą swojemu
dziecku w odnalezieniu drogi do świętości.
Kochani! Czy stawialiśmy sobie
kiedykolwiek pytanie tego typu: Co zrobiłem, by drogę do
świętości odkryć, czy też pomóc innym w odkryciu tej
drogi? Gdzie jest moja droga do świętości, w jakim
powołaniu i w jakim zawodzie?
Dla chrześcijanina, motyw finansowy
nie może stanowić jedynego kryterium wyboru drogi
życiowej, pracy i powołania. Zawsze powinien pojawiać
się ten najważniejszy: Czy na tej drodze osiągnę
świętość?
Czy tylko, gdy śpiewamy piosenkę:
„Taki duży, taki mały – może świętym być!” – rodzi się w
nas radość z tego, że i ja mogę być świętym?
Jak iść, by świętość osiągnąć?
Zdaje się, że Pan Jezus już wszystko nam na ten temat
powiedział. „To jest moje przykazanie, abyście się
wzajemnie miłowali”; „Idź, sprzedaj wszystko, co
posiadasz i pójdź za Mną!” i wreszcie dzisiejsze
„Kazanie na górze”. Tak naprawdę Pan Jezus nie wymaga
jakichś rzeczy nadzwyczajnych, by zostać świętym. Są to
raczej proste i zwyczajne okruchy życia.
Święty Franciszek Salezy, założyciel wizytek, przez swe
pisma ascetyczne (przede wszystkim przez niezapomnianą „Filoteę”)
szerzył zasady życia wewnętrznego i dążenia do
doskonałości dla ludzi świeckich.
Nic dziwnego, że byt też rozchwytywanym kierownikiem
duchowym.
Pewnego razu przyszła do niego jakaś pobożna dama z
wielkim pytaniem, co ma robić, aby zostać świętą.
Spodziewała się jakichś długich poważnych rozważań,
precyzyjnych wskazówek, nadzwyczajnych ćwiczeń
ascetycznych.
A tymczasem święty powiedział jej bezceremonialnie:
Niech pani uważa, aby na przyszłość ciszej zamykać
drzwi!
By marzyć o świętości trzeba się nauczyć żyć ze
wszystkimi ludźmi w prawdziwej wspólnocie. Musimy
nauczyć się przyjmować smutek i prześladowanie i
niezrozumienie od innych; musimy się nauczyć dawać, a
nie brać, bo tylko miłosierni osiągną miłosierdzie. To
jest droga. Trzeba ją odkryć i nią pójść.
Drogą do świętości jest Pismo święte.
Kilkanaście lat temu pewien
biedny mężczyzna z New Jersey USA) znalazł w starej
rodzinnej Biblii kilka tysięcy dolarów.
A jak do tego doszło?
Przed lat zmarła jego ciotka i w testamencie bratankowi
ofiarowała tylko Biblię.
Rozczarowany odłożył ją na bok.
Żył w nędzy.
Będąc starcem zaczął pakować swe drobiazgi, by przenieść
się do syna.
Wziął do ręki zakurzoną Biblię, otworzył ją i ku swemu
zdziwieniu ujrzał 20-to dolarowy banknot.
Zaczął dalej przerzucać karty i zza każdej z nich
wyciągał dolary.
Trzydzieści pięć lat żył w nędzy, choć miał tuż obok
siebie taki skarb.
Jak korzystam ze skarbu słowa Bożego?
Czy potrafię tak czytać, lub tak słuchać słowa Bożego,
aby w ten sposób być bliżej mówiącego do mnie
nieustannie Boga. Może się okazać, że będziemy próbowli
się tłumaczyć przed Bogiem, że nie wiedzieliśmy jak iść
do świętości, wówczas usłyszymy odpowiedź: „Przecież
zostawiłem ci Pismo święte!”.
Musimy sobie jeszcze powiedzieć, że
fakt powołania nas do świętości nie jest jednoznaczny z
obowiązkiem zdobycia świętości. Bóg zawsze mówi: „Jeśli
chcesz być doskonałym!” Możesz bowiem nie chcieć. Masz
do tego prawo, które Bóg szanuje. Wyobraź sobie
sytuację, że oto ktoś proponuje ci wyjazd do najbardziej
uroczego miejsca na kuli ziemskiej. Nic nie musisz
płacić za ten wyjazd – jedynie musisz chcieć. I co –
zrezygnujesz?
|
|