| |
..::
Homilie ::..
..:: 2007::..
wstecz
V NIEDZIELA WIELKIEGO
POSTU
WIGILIA PASCHALNA
NIEDZIELA MIŁOSIERDZIA
BOŻEGO
III WIELKANOCNA
IV WIELKANOCNA
V WIELKANOCNA
VI WIELKANOCNA
WNIEBOWSTĄPIENIE
X NIEDZIELA ZWYKŁA
XI NIEDZIELA ZWYKŁA
UROCZYSTOŚĆ ŚWIĘTEGO JANA CHRZCICIELA
XIII NIEDZIELA ZWYKŁA
XV NIEDZIELA ZWYKŁA
XVI NIEDZIELA ZWYKŁA
XVII NIEDZIELA ZWYKŁA
XVIII NIEDZIELA ZWYKŁA
XIX NIEDZIELA ZWYKŁA
XX NIEDZIELA ZWYKŁA
M. B. CZĘSTOCHOWSKIEJ
XXIII ZWYKŁA
XXVII NIEDZIELA ZWYKŁA
XXIX ZWYKŁA
XXX NIEDZIELA ZWYKŁA
XXXII NIEDZIELA ZWYKŁA
Homilia na V
Niedzielę Wielkiego Postu
Przyłapano
kobietę na „gorącym uczynku”. Nie Było wątpliwości, że
ona popełniła zło. Dopuściła się grzechu cudzołóstwa z
kimś, kto być może,
zostawił swoją żonę i dzieci, szukając chwilowego
zadowolenia. Dziwne, że uczestnika tego cudzołożnego
przestępstwa na było na miejscu, udało mu się jakoś
wywinąć. Ona nie miała
takiego szczęścia, zresztą wszyscy ją znali z tego
rodzaju czynów.
Przywleczono j ą
do Jezusa, aby przy okazji zaatakować
również
Jego. Była bezradna. Ogołocona z resztek czci należnej
człowiekowi. Pozbawiona jakiegokolwiek szacunku do samej
siebie. Stała milcząca, bo też nie miała żadnych
argumentów na swoją obronę. Być może
wielu z tych, którzy stali wokół nieszczęsnej kobiety,
trzymając kamienie w ręku, by wykonać
na niej wyrok, w przeszłości
korzystali z jej usług, ale dziś są po drugiej stronie i
mogą z nią zrobić co tylko zechcą.
Robili wrażenie niewinnych i prawowiernych wykonawców
prawa. Zapomnieli o jednym, że tylko Bóg może
ostatecznie wydawać wyroki na
ludzi.
Wyrok stoj ącego
Syna Bożego był zaskakujący: „Kto z was jest bez
grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem!”
Nastąpiła cisza. Jezus nachylił się i pisał palcem po
ziemi. Czekał. Nikt nie rzucił kamienia w tę kobietę.
Wszyscy grzesznicy odeszli. Tylko ona została ze swoim
grzechem i pohańbieniem, a naprzeciw niej Jezus. Dobrze,
że została, ma teraz szansę, by zmienić
swoje
życie, by zacząć wszystko od początku.
„Idź i nie grzesz więcej!”
Kochani, warto postawi ć
sobie pytanie: Po której stronie jestem ja? Po stronie
faryzeuszów, gotowych osądzać
i rzucać
wyroki na innych, czy też
po stronie zdanej na decyzję Pana Boga kobiety?
Łatwiej jest osądzać i rzuca ć
oskarżenia
na innych, niż dla siebie samego być
sędzią i
wydającym wyroki.
Dziwny jest ten
świat, w którym
żyjemy. Nader często jest tak, że przestępcy sądzą
niewinnych i wydają na nich wyroki. Ludzie, którzy sami
powinni uderzyć się
w piersi, żałując swych licznych grzechów, rzucają
pomówienia i wyroki, których nigdy nie da się sprawdzić
i udowodnić.
To, co się
obecnie czyta w codziennej prasie, albo o czym mówią w
telewizji czy radio, przypomina sąd nad Jezusem, z
Kajfaszem i Piłatem w roli głównej.
Oto kilka dni temu, media, nie kryj ąc
wielkiej satysfakcji, przekazały wiadomość,
że pewna
Polka, której odmówiono wykonanie aborcji w Polsce,
osiągnęła sukces, bo sąd uznał ją za pokrzywdzoną przez
lekarzy. Po wyroku kobieta powiedziała: „Jestem
zadowolona z tego wyroku i mam
nadzieje, ze będzie
to swoista nauczka dla tych wszystkich "pożalsięboże"
ginekologów, którzy wykonują swój zawód pod dyktando
ultraprawicowych i kościelnych władz”. Oto wreszcie
prawo wydało wyrok. Tryumf odniosła kobieta chcąca zabić
swoje nienarodzone dziecko. Plan zabójstwa został
wynagrodzony. Obrońcy życia winni ponieść
konsekwencje. Aż
strach pomyśleć, do czego może
doprowadzić liberalne myślenie.
Ochrona życia staje się winą, dziecko nie powinno się
urodzić. Powinno być
już dawno
umieszczone we współczesnym krematorium i spalone. W
całej rozgrywce o tzw. aborcję, ofiarą staje się
niewinne dziecko, które tylko dlatego nie ma prawa
urodzić się
i żyć, ponieważ
jego matka popełniła cudzołóstwo albo została zgwałcona,
albo nie jest ono w pełni zdrowe i fizycznie sprawne.
Okazuje się, że dorośli mają większe prawo do życia, niż
dzieci, które zresztą jeszcze nie zdołały poznać
uroków tegoż
życia. Współcześni ludzie potrafią bardziej współczuć
bezpańskiemu
pieskowi, którego porzucili bezduszni właściciele, niż
człowiekowi mieszkającemu w łonie matki.
Mo żna
sobie wyobrazić scenę,
pokazującą niewinne dziecko i tysiące liberalnych rąk
wyciągniętych w stronę dziecka w geście oskarżenia:
„Takie jak ono powinno się kamienować
(zabijać),
bo zakłóca
nasze świetne samopoczucie.”
A Ty, Panie, co na to powiesz?
Pokazujesz mi ludzi, którzy potrafi ą
być odważni,
konsekwentni i pełni szacunku wobec daru życia. Pośród
wielu nowych świętych, wyniesionych na ołtarze przez
Jana Pawła II jest Włoszka Joanna Molla. Znakomicie
wykształcona z dyplomem lekarza chirurga i pediatry. W
późnym wieku zawarła małżeństwo z Piotrem. Urodziła
dwoje dzieci, a będąc w ciąży z trzecim dzieckiem
dowiedziała się, że jest poważnie chora (złośliwy
nowotwór). Jedynym ratunkiem jest operacja, która jednak
zagraża życiu poczętego dziecka. Decyzja była
jednoznaczna: „Proszę ratować
dziecko za wszelką
cenę”. Urodziła się przepiękna Emanuela. Choroba jednak
doprowadziła do śmierci bohaterskiej matki. Joanna miała
szacunek do życia, ona nie pozwoliła na ukamienowanie
własnego dziecka. Jej siłą była codzienna Msza święta i
trwanie na modlitwie. Czy zrozumiałeś coś z tego -
zdajesz się mnie pytać. Widzę
jak podnosisz się, patrzysz mi w oczy i mówisz: „Ty też
masz swój grzech, ale Ja nie potępiam cię, ale proszę
cię, abyś już nie grzeszył.” xdzh
WIGILIA PASCHALNA
Liturgia Wigilii Paschalnej, zarówno
w treści czytań biblijnych
jak i poszczególnych jej części,
ukazuje realizację Bożego planu zbawienia. Cała
historia zbawienia, która miała swój początek w akcie
stworzenia świata, osiągnęła kulminacyjny punkt
podczas owych świętych dni, owego Tryduum
Paschalnego, a którego uwieńczeniem
jest dzisiejsza Wigilia.
Niestety, nie wszyscy pojęli
ten Boży zamysł. Nie pojęli
go nawet synowie Izraela, którzy przecieżw
sposób zasadniczy
zostali wybrani do uczestnictwa w
tym planie miłości Boga ku człowiekowi. Nie
pojmują go także dzisiejsi
wyznawcy Chrystusa, których świadomość
świąt wielkanocnych
ogranicza się niejednokrotnie do koszyczka ze
święceniem i kurczątka
namalowanego na pisance.
W przepięknym
hymnie, nazywanym Exultetem, wychwalaliśmy Pana Boga za
Jego wielkie zwycięstwo, którego jesteśmy uczestnikami.
Mamy za co dziękować.
Wszystko, co dotyczy wielkości
człowieka, jego wyjątkowości we wszechświecie, ma
swoje źródło w odniesionym
zwycięstwie Chrystusa.
Zarówno chrzest, który sprawił, że możemy się
nazywać dziećmi
Bożymi i nimi rzeczywiście
być, jak również
sakrament pojednania z Bogiem, Bierzmowanie, i inne sakramentu,
biorą swoją moc z owego
zwycięstwa jakie odniósł Chrystus.
Tajemnica Wigili Paschalnej ma także
wielki wymiar życiowy, powiedziałbym
bardzo ludzki. Wszystko, o czym uświadomiliśmy sobie
podczas Tryduum Paschalnego, a więc
męka Chrystusa, Jego krzyżowa droga, śmierć i
Zmartwychwstanie, ma swoje jakby odpowiedniki w
codziennym życiu.
Niejednokrotnie doświadczani cierpieniem, mamy poczucie
bezsensu życia, wydaje się
nam, że już nie ma nadziei. Tak się wydawało apostołom
wówczas, gdy aresztowano Jezusa i skazano Go na
śmierć. Apostołowi
byli załamani. Świadczą o tym wydarzenia opisane
przez Ewangelistów: wszyscy się
rozproszyli, Piotr zapiera się znajomości swego Mistrza,
Tomasz ma problem z przyjęciem prawdy o zmartwychwstaniu,
a dwaj uczniowie idący do
Emaus są przygnębieni i beznadziejni. Wydawało
się, że to już koniec. Z kolei, przeciwnicy Jezusa,
mieli nadzieję, że
załatwili jeden ze swoich problemów. Już nikt im nie
będzie przeszkadzał. O niezwykłych czynach Nauczyciela z
Nazaretu powoli wszyscy zapomną,
Kajfasz wróci na swój urząd, Piłat będzie żył dalej w
przyjaźni z cesarzem
rzymskim. Jednym słowem, świat będzie się kręcił zgodnie
z regułami, które wyznaczą rządzący ziemskim
światem.
Bóg wszystkich zaskoczył.
Pomieszał szyki, tak
pomieszał języki budującym wieżę Babel.
Zapomniano, że u Boga jest
wszystko możliwe. Okazało się, że nie można tak
sobie zabić Boga. Nie da się,
bo Bóg jest Panem życia, jest zwycięzcą piekła i
szatana.
Dla nas, ludzi wierzących
ta właśnie prawdą jest źródłem wielkiej chrześcijańskiej
nadziei, której nikt, ani nic nie może w nas zabić. Choćby
po wielokroć nas
zabijano i za wiarę wtrącano
do więzień, Bóg w nas
będzie nieustannie zwyciężał i Wigilia Paschalna będzie
trwała nadal.
Historia udowodniła
to po wielokroć. Ileż
już razy zabijano Boga? Ogłaszano
niemalże Jego śmierć. Ileż
świątyń pozamieniano na magazyny i ogłoszono,
że nie będą już ludziom potrzebne, bo wraz z ogólnym
dobrobytem, Bóg stanie się
anachroniczny, przestarzały i nikomu nie potrzebny.
Okres komuny pokazał nam w detalach technikę
zabijania Boga. Ponieważ
sam Bóg jest nieosiągalny dla rąk uzbrojonych w
karabiny i pałki, więc
zabijano tych, którzy chcieli zbyt głośno o Nim i Jego
nauce mówić. W latach 50. uwięziono
Prymasa Tysiąclecia, w 1981 roku wynajęto
Turka Mehmeda Ali Acce, by w osobie Jana Pawła
II, zabić Boga. Ten zamiar się
nie powiódł. W 1984 zrobiono zasadzkę na kapłana, ks.
Jerzego Popiełuszko. Jego zabito, ale Pan życia i
śmierci żyje nadal.
Dziś
próbuje się zabijać Boga w sercach najbardziej
niewinnych istot, jakimi są
małe dzieci i dorastająca młodzież. Zmieniono technikę
zabijania. Karabiny odłożono
na bok, albo posłano gdzieś na front. Dziś używa się
pióra, obrazu i dźwięku. Armie walczących
z Bogiem wyrastają jak
grzyby po deszczu. Przybierają nazwy obrończyń
kobiet, czy tez obrońców wolności,
feministek, liberałów,
ludzi masonerii itd. Wszystko dzieje się pod płaszczem
nowoczesności życia.
Dobrze, Panie,
że jest co roku Tryduum
Paschalne, Wigilia Paschalna i Twoje
Zmartwychwstanie. Dobrze,
że sobie przypominamy o Twoim zwycięstwie, które
nieustannie trwa.
Weselcie się
już zastępy aniołów w niebie, weselcie się słudzy Boga –
dziś jest czas tej radości.
NIEDZIELA MI ŁOSIERDZIA
BOŻEGO
W II-g ą
Niedzielę Wielkanocną czcimy Miłosierdzie Boże. Każdy z
nas wie, przynajmniej od czasu do czasu uświadamiamy
sobie te prawdę, że Bóg nieustannie okazuje nam swoje
miłosierdzie. Bez tego Daru bylibyśmy bardzo, ale to
bardzo, ubodzy i nieszczęśliwi. Nie mielibyśmy żadnych
szans na zbawienie.
Ostatni ą
swoją pielgrzymkę do ziemi ojczystej, Jan Paweł II
skupił na tajemnicy Miłosierdzia Bożego. Nachylaliśmy
się wraz z Ojcem świętym na prawdzie, że „Bóg jest
bogaty w miłosierdzie.” Na zakończenie homilii podczas
konsekracji świątyni na Łagiewnikach, Jan Paweł II
wypowiedział słowa modlitwy:
„Boże,
Ojcze Miłosierny, który objawiłeś swoją miłość
w Twoim Synu Jezusie Chrystusie, i wylałeś
ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu, Tobie
zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka. Pochyl
się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość,
przezwycięż
wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi
doświadczyć Twojego miłosierdzia,
aby w Tobie, Trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło
nadziei. Ojcze przedwieczny, dla bolesnej męki i
zmartwychwstania Twojego Syna, miej miłosierdzie dla nas
i całego świata.”
Bóg wielokrotnie objawia ł
swoje miłosierdzie do ludzi. Biblia, zarówno Starego
Testamentu, a szczególnie Nowego, przytacza wiele
przykładów potęgi Bożego miłosierdzia. Miłosierny Bóg
reaguje na prośbę Mojżesz, gdy lud okazał się niewierny
i zasługujący na zagładę, przychyla się do błagania
proroków o litość wobec błądzących
i wielokrotnie przebacza uczynione zło. Syn Boży,
przychodząc na ziemie, ukazał w całej pełni obraz Bożego
Miłosierdzia. Nie dopuszcza do kamienowanie
jawnogrzesznicy, przebacza kobiecie, która z żalu i
miłości całuje Jego stopy, lituje się nad matką, która
straciła jedynego syna, podnosi ze snu śmierci 12.
letnią dziewczynkę, a gdy zbrodniarz prosi o litość,
Jezus mu mówi: „Dziś
będziesz ze mną w raju”.
Mi łosierny
Bóg rozumie ludzkie słabości i upadki. Rozumie także
chwile zwątpień i poszukiwania wiary. Nie oburza się
wątpiącym Tomaszem, gdy ten warunkuje swoją wiarę
możliwością dotknięcia ran Jezusowych. I tym razem, Bóg
bogaty w Miłosierdzie, cierpliwie czeka. „Podnieś tutaj
swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do
mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym” –
zwraca się Jezus do niedowiarka Tomasza.
Mo żna
powiedzieć,
że historia
zbawienia, to historia Miłosierdzia Bożego okazywanego
nieustannie ludziom różnych wieków i czasów.
Ka żdy
z nas mógłby opowiedzieć historię
swojego życia pełnego Miłosierdzia Bożego. Każda
spowiedź jest taką historią Miłosierdzia Bożego.
Przecież jesteśmy niepoprawni. Dziesiątki razy, a może
setki razy obiecywaliśmy poprawę ze swoich grzechów, a
oto kolejny raz stajemy przed obliczem Boga z tymi
samymi winami. Ile razy ma nam Bóg przebaczać?
Gdyby miarą
Bożego przebaczenia było nasze przebaczanie wobec
bliźnich, to już dawno bylibyśmy skazani na potępienie.
Każdy kapłan zna historię niezwykłego miłosierdzia
Bożego, które okazywał podczas spowiedzi sakramentalnej.
Ileż razy dosłownie w ostatniej chwili przychodził
kapłan, by udzielić rozgrzeszenia?
Nie da się
tego zliczyć. Pamiętam
wiele takich sytuacji, gdzie wyraźnie widać
było Boże
Miłosierdzie wobec grzesznika.
W Wielkim Tygodniu, ze
środy na Wielki
Czwartek, dokonano włamania do świątyni i zbezczeszczono
Najświętszy Sakrament (bliższe informacje w
ogłoszeniach). Bandyci rozsypali Ciało Pana Jezusa na
polu i ukradli kielich i monstrancję. Czy tym bandytom
należy się przebaczenie? Czy Miłosierdzie Boże jest tak
wielkie, by takim zbrodniarzom przebaczyć?
Nasz ludzi
żal mówi: Nie, im nie można przebaczyć?
Ale Bóg nawet takim ludziom jest gotów przebaczyć.
Ale oczywiście,
jest konieczny pewien warunek. Bóg bogaty w Miłosierdzie
oczekuje otwarcia się na miłosierdzie. Łotr na krzyżu
prosi Jezusa o wspomnienie o nim w Jego Królestwie,
jawnogrzesznica łzami skrapia nogi Jezusa i wyciera je
włosami, Tomasz dotyka ran, a potem klęka i wyznaję:
„Pan mój i Bóg mój”. Taką postawę możemy nazwać
gotowością
na przyjęcie Bożego Miłosierdzia. Czasem są sytuacje, że
kapłan nie może udzielić
sakramentalnego rozgrzeszenia. Najczęstszym
powodem takiej sytuacji jest brak dyspozycji do
przyjęcia daru Bożego Miłosierdzia. Grzesznik trwa w
stanie grzechu i nie ma zamiaru z nim zerwać.
Często
widać,
że spowiadający
się nie wyraża żadnej skruchy za popełniony grzech.
Takie sytuacje wskazują na brak otwarcia się na dar
łaski przebaczenia. Klasycznym przykładem otwarcia się
na Boże Miłosierdzie jest postawa syna marnotrawnego,
który wraca i z żalem wyznaje: „Ojcze, zgrzeszyłem…”
Jawnogrzesznica otrzymała przebaczenie, ponieważ bardzo
żałowała swego grzechu, a łzy, którymi skropiła stopy
Jezusa, są uzewnętrznieniem tego żalu.
Bo że,
dziś proszę Cię o miłosierdzie. Okaż bogactwo twego
miłosierdzia wobec każdego z nas.
III WIELKANOCNA
TO JEST PAN
Dla Szymona Piotra ta wiadomość
była powołaniem. Wiedział,
co ma robić. Wyskoczył
z łodzi, którą płynął wraz z towarzyszami, by być
jak najszybciej na brzegu. Wiedział
bowiem, że tam czeka na niego Pan.
Jeżeli
mi czegoś brakuje w naszej religijności, to entuzjazmu
Piotra apostoła. Brakuje takiej naturalnej
spontaniczności, która wynikałaby z głębokiej wiary
zakorzenionej gdzieś w głębi serca. Brakuje mi radości
wynikającej ze spotkania z Panem, który tutaj jest.
Piotr oparł
swoją spontaniczność na wierze. Nie mógł
w tym momencie sprawdzić,
że tam , na brzegu, stoi i
czeka na niego Pan. Oparł się na tym, co mu powiedział
inny człowiek – apostoł.
To jednak wystarczyło, by rozbudzić w jego
szczerym sercu pragnienie spotkania się
z Bogiem.
Tego właśnie
nam brakuje. Frekwencja wiernych naszej parafii na Mszy
świętej niedzielnej wynosi ok. 60%. Można się z tego
wyniku bardzo cieszyć, szczególnie, gdy się
porówna z innymi parafiami, nie mówiąc o Radomiu, czy
Warszawie. A jednak ten wynik tez rodzi pytanie:
Gdzie jest 30 kilka procent – przecież
oni też są wierzącymi ludźmi, tak przynajmniej się
określają. Nie znaleźli czasu na spotkanie z Panem. Czy
oni nie wiedzą, że tutaj jest Pan?
Pamiętam,
kiedyś ucząc młodsze dzieci religii, zapytał, który
dzień tygodnia najbardziej lubią.
Odpowiedzieć dość
jednoznaczna: niedzielę.
Pytam więc, dalej: Dlaczego tak lubicie niedzielę?
Spodziewałem się w swej naiwności, że usłyszę wykład na
temat niedzielnej Mszy
świętej i spotkania z
Panem. Tymczasem odpowiedzieć była
zupełnie inna: bo w niedzielę nie idzie się do szkoły.
Dziś już
nie jestem tak naiwny, jak wtedy. Dziś już wiem, że bywa
różnie. Owszem, są ludzie głębokiej wiary, którzy tak
jak Piotr, biegną na Eucharystię, bo wiedzą, że czeka
ich Pan, który przygotował
Niebieski Pokarm i będzie chciał ich nakarmić.
Wiele osób przychodzi codziennie na Mszę
świętą. Wiem, że wielu przychodzi na niedzielną
Eucharystię z przyzwyczajenia, albo po to, by się
spotkać ze znajomymi, albo po to, by zaspokoić
swoją zwyczajną ciekawość.
Wreszcie wielu przychodzi jedynie od tzw. „wielkiego
dzwonu”. Ta ostatnia grupa bardzo mnie niepokoi.
Często
ci ostatni mówią, że oni w Pana Boga wierzą, ale do
kościoła chodzić nie muszą.
Cóż im powiedzieć? Zresztą,
pewni i dziś ich nie ma pośród słuchających Słowa
Bożego.
Kościół
jest Łodzią, którą płyniemy na spotkanie Pana. Piotr też
płynął łodzią, i właśnie tam usłyszał: „To jest Pan”. Te
słowa padły z ust jednego z apostołów na łodzi, którą
płyną. Piotr otrzymał przekaz prawdy o obecności Pana za
pośrednictwem kogoś, kogo Pan postawił na łodzi jako
zwiastuna radosnej nowiny. Nieustannie Bóg stawia na
naszej drodze Kościół – Łódź Piotrową, by przekazywać
nieustannie prawdę o
obecności Pana. Taka jest droga ewangelizacji
świata. Bóg stawia
pośredników na naszej drodze i oni pomagają nam odkryć
prawdę o obecności Pana.
Dziś
jest znakomita okazja, by podziękować Bogu za
tych, którzy nam powiedzieli: „To jest Pan!”
IV WIELKANOCNA
Jezus
jest Dobrym Pasterzem. Powtarzamy to samookreślenie
Jezusowe każdego roku w czwartą niedzielę wielkanocną,
ale i po wielokroć w ciągu roku; zawsze gdy rozważamy o
szczególnym powołaniu w Kościele do kapłaństwa, do
pasterzowania. Przybliżamy sobie tę prawdę wieloma
obrazami, zwłaszcza tym, na którym Jezus trzyma na
swoich ramionach owieczkę, zagubioną owieczkę.
Najłatwiej nam utożsamić się z tą zagubioną owieczką. I
miło sobie pomyśleć, że kiedy się zagubię to będzie
Ktoś, kto mnie będzie poszukiwał, aż mnie odnajdzie i
kiedy odnajdzie, to przyprowadzi na nowo do miejsca
bezpiecznego.
Dobry Pasterz w ogóle chroni przed niebezpieczeństwem.
Bardzo często przypomina o tym samym Jezus. W
odróżnieniu od najemników pasterz jest zawsze przy
swoich owcach. Chroni je przed złodziejami i wilkami.
Złodziej chce zawładnąć owcą. Iluż złodziei spotykamy w
naszym życiu! Są przecież tacy ludzie, którzy chcą
zawładnąć życiem innych. Są przecież takiego zjawiska,
rzeczy, które chcą zawładnąć życiem człowieka. I wtedy
człowiek nie należy do samego siebie. Mówimy, ktoś lub
coś ukradło mu życie. Dobry Pasterz czuwa, aby złodziei
nie opanował życia ludzkiego. Będzie też zawsze go
poszukiwał i próbował wyrwać z rąk złoczyńcy. Wilk
porywa owce, aby je pożreć, zniszczyć. I przed nim
chroni Dobry Pasterz. A kiedy zdarzy się, że owca
zostanie zraniona (przez wilka, złodzieja czy przez
własną głupotę), to Dobry Pasterz opatrzy ranę,
zaopiekuje się aż do czasu pełnego uzdrowienia (tak się
przecież dzieje w każdym Sakramencie Pokuty i
Sakramencie Namaszczenia Chorych)) albo przynajmniej
będzie czuwał przy umierającej.
On jest z każdym cierpiącym i chorym, starszym i
samotnym, bo wie, że to są ci właśnie, którzy wybielili
swoje szaty w krwi Baranka, ci, którzy przychodzą z
wielkiego ucisku.
Ten moment całkowitego oddania podkreśla Jezus, gdy mówi
o tym, że Dobry Pasterz oddaje życie za owce. On jest
całkowicie dla nich. Jezus nie tylko o tym mówi, ale nie
waha się wziąć krzyż, być policzonym między złoczyńców,
aby krwią swoją oznaczyć tych, którzy z tego zdroju
łaski chcę skorzystać, aby oczyścić, obmyć grzeszników,
aby otworzyć im drogę do nieba.
Dobry Pasterz jednak to nie tylko Ten, który poszukuje,
broni i leczy. On w końcu przyszedł po to, aby owce
miały życie i miały je w obfitości. I dlatego nawołuje,
wzywa owce. I owce znają jego głos. Gdzieś w zakamarku
serca (sumienia) każdy z nas odsłuchuje wezwania
Chrystusowego. Każdy z nas z łatwością rozpoznaje ten
głos, który nie tylko broni przed zagubieniem, ale
podpowiada, co czynić. I dobrze każdy z nas wie, kiedy
tego głosu nie słucha (bo wtedy oblewa nas rumieniec
wstydu, ogarnia strach, głupio nam spojrzeć na samego
siebie – ileż razy te uczucia towarzyszyły naszym
rachunkom sumienia!), I każdy z nas wie, kiedy usłyszymy
szept przemawiającego Boga i pójdziemy za tym głosem (bo
wtedy jesteśmy jacyś szczęśliwi, radośni, a cały świat
zdaje się do nas uśmiechać).
I jest jeszcze tak, że Dobry Pasterz prowadzi swoje owce
na pastwiska. On nie tylko wzywa, ale zmusza do
aktywności. Życie Boże wymaga bowiem takiej aktywności.
Nie wystarczy tylko troszczyć się o to, co już mamy.
Trzeba, aby to, co mamy, rozwijało się, tak jak
pomnażały się talenty lub miny z Jezusowej przypowieści.
Jesteśmy bowiem, jak często powtarzał to św. Stanisław
Kostka, stworzeni do wielkich rzeczy – do przyjaźni z
Bogiem i do dotykania jego tajemnicy; każdy na miarę
własnej wielkości. A to znaczy, że nigdy nie można ustać
w tej drodze, że zawsze trzeba chcieć czegoś więcej, że
nie mogę się zadowolić tym, co już osiągnąłem. I
bynajmniej, najmniej tu chodzi o pieniądze, sławę i
innych złodziei życia, a najbardziej o mnie samego –
człowieka. Czy jestem człowiekiem według tej miary,
którą wyznaczył mi prawdziwy Człowiek, jedyny Pasterz –
JEZUS CHRYSTUS.
Kiedy więc mówię o Jezusie Dobrym Pasterzu, to zawsze
pytam samego siebie, gdzie On mnie prowadzi, czy
powinien poddać się Jego uzdrawiającej kuracji w
Sakramencie Pokuty, co dzisiaj, w tym tygodniu mam
zrobić. A przede wszystkim chcę być zawsze z Nim i chcę
słyszeć Jego głos.
Ks. Sławomir Fundowicz
5 WIELKANOCNA
Jezus powołał do życia Nowy Lud Boży. Ta nowość nie
polega na nazwie - tutaj wszystko jest nowe. Misja
„Starego Ludu” jakby się już wyczerpała, osiągnęła swoją
kulminację. W poranek Zmartwychwstania wszystko stało
się nowe. Kościół nieustannie uświadamia nam tę nowość
życia, nowość zasad, nowy lud, kierujący się nowymi
zasadami. Symboliką owej nowości jest tradycja
poświęcenia pokarmów w wielkosobotni poranek, kiedy to w
formie objaśnienia słyszymy, że Chrystus wszystko czyni
nowym, a więc i te pokarmy, które znajdą się na
wielkanocnym stole też są nowe i uświęcone
błogosławieństwem Bożym.
Jest jedna, fundamentalna nowość, którą nam Chrystus
dał, i o której nauczał podczas swojej publicznej
działalności. Jest nią nowe przykazanie. Pan Jezus w
dzisiejszej Ewangelii przypomniał nam to przykazanie:
„Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie
miłowali”. Dodał jeszcze uzasadnienie, które skłania do
przyjęcia tego przykazania: „Po tym wszyscy poznają,
żeście uczniami moimi, jeśli się będziecie wzajemnie
miłowali”.
Święty Jan Apostoł, mówiąc w księdze Apokalipsy o
nowej ziemi i nowym niebie, wpisuje się w tę prawdę o
wielkanocnej nowości, której znakiem rozpoznawczym jest
nowa miłość. Przybytek Boga z ludźmi, o czym pisze św.
Jan, ma swój fundament w przykazaniu miłości.
Kiedykolwiek mówimy o wzajemnej miłości wyznawców
Chrystusa, zawsze trzeba odnieść się do miłości jaką Bóg
ma ku nam. Gdy spojrzymy wzrokiem wiary na tę miłość,
znika wszelka trudność w zachowaniu trudnej miłości
bliźniego. Wszyscy zgodzimy się z tym, że miłość
bliźniego, do jakiej zobowiązuje nas Ewangelia, nie jest
łatwa. Nie jest łatwo kochać nieprzyjaciół, którzy wobec
nas zawinili. Nie jest łatwo kochać tego, kto nas
nienawidzi, krzywdzi, obmawia, rzuca oszczerstwa. Nie
jest łatwo kochać tych, którzy grzeszą, i których
wszyscy wytykają palcami, jako tych najgorszych,
skazanych na odrzucenie, a wczasach Chrystusa na
ukamienowanie.
A jednak… Po tym nas poznają jako chrześcijan, jeśli
będziemy się wzajemnie miłowali. Mamy takie marzenia,
myślę, że każdy je ma, by pewnego dnia obudzić się w
świecie, w którym będzie miłość, w którym ludzie będą
się do siebie uśmiechali i będą sobie wzajemnie służyli.
Ten świat nie jest taki. Ten świat, w którym przyszło
nam żyć jest, co prawda światem chrześcijańskim, ale
pozbawionym owego fundamentu, do którego zachęcił nas
Pan Jezus – bez fundamentu, jakim jest miłość. Czy
trzeba przytaczać przykłady, które potwierdzaj, że tak
bywa. Każdy je zna znakomicie, bo codziennie spotykamy
się z faktami, które nas smucą. Oto ktoś kogoś moralnie
sponiewierał, zmieszał z błotem, obmówił, rzucił
oszczerstwo; ktoś kogoś zwymyślał o jakieś :głupstwo”.
Można całą litanię takich faktów przytoczyć. Ale po co?
Czy nie lepiej pomyśleć o tym jak Bóg nas kocha, aż do
utraty życia; jak bardzo nas ukochał pozostając z nami
po wszystkie dni. A myśląc o tym, trzeba się zawstydzić,
że my, ludzie przez Boga ukochani miłością tak
niezwykłą, nie potrafimy Go posłuchać, gdy do nas mówi:
„Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie
miłowali”.
Owszem, czasem potrafimy być dobrzy i otwarci na
innych. Potrafiliśmy się przez łzy do siebie uśmiechać,
gdy Ojciec święty Jan Paweł II umierał. Potrafimy się
mobilizować w chwilach jakiegoś zagrożenia. Problem
polega na tym, że nie jest tak na co dzień. Pamiętam
wydarzenie ze swojej młodości. Pewnego, czerwcowego
wieczoru, wybuchł wielki pożar w mojej rodzinnej
miejscowości. Płonęły po kolei wszystkie zagrody. Pożarł
dotarł także do naszej posesji. Wszystko prawie spaliło
się: obora ze zwierzętami, szopy z kurami, króliki.
Ocalała tylko krowa i pies. Siedzieliśmy na kocach przed
domem, a wokół nas pełno iskier i ognia. Następnego dnia
nic nie mieliśmy do jedzenia. Przy płocie stała
uwiązana, głodna krowa. I wtedy właśnie zobaczyłem jak
ludzie potrafią się wspierać. Mieliśmy pełno jedzenia,
krowa miała trawę. Mimo wielkiej tragedii, wszyscy się
do siebie uśmiechali. To była realizacja Ewangelii.
Czy stać nas na miłość w zwykłych warunkach
codziennego życia? Czy trzeba czekać na jakieś
doświadczenie, by ludzie zrozumieli, że tylko miłość się
liczy?
Dziś znów Bóg odda nam siebie całego. Znów powie:
„Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje” – to Jestem Ja.
Czy możesz mnie w tym naśladować?
6 WIELKANOCNA
„Pokój zostawiam wam”.
Współczesny świat jest pełen niepokoju. Wszyscy to
widzą. Wystarczy choć od czasu do czasu włączyć
telewizję, obejrzeć wiadomości, by się dowiedzieć, że
tak właśnie jest: świat jest bardzo niespokojny. Tak
było przed 50-ciu laty, kiedy to świat rozpierany był
wyścigiem zbrojeń i trwającą zimną wojną pomiędzy dwoma
systemami wówczas panującymi. W wielu miejscach
dochodziło do otwartej wojny o przejęcie władzy przez
jeden czy drugi system polityczny i
gospodarczo-społeczny. Tak było w Wietnamie, w Korei i w
wielu innym miejscach na świecie. Z kolei, w krajach o
systemie komunistycznym, raz po raz przygnębieni przez
system, ludzie zrywali się do walki. Tak było na
Węgrzech, w Czechosłowacji, w Chinach i u nas – w
Polsce. Ginęli ludzie lub znikali bezpowrotnie. Nie było
pokoju. A czy dziś jest pokój na świecie? Oczywiście, że
nie ma. Afganistan, Czeczenia, Irak, teren Ziemi
świętej, kraje afrykańskie – to tylko niektóre przykłady
ognisk współczesnych niepokojów i otwartych wojen.
Dlaczego tak się dzieje? Czy nie lepiej żyć w pokoju?
Od drugiej wojny światowej powstawały najróżniejsze
organizacje, które miały za cel obronę pokoju, czy też
staranie o pokój. Okazuje się, że dla wielu ludzi,
niestety, są ważniejsze sprawy niż pokój. Brak czystej
intencji w dążeniu do pokoje. Potrzebne są określone
warunki, które zapewniają pokój i czuwają nad jego
trwałością. Człowiek buntuje się, gdy jest mu źle, gdy
warunki, w jakich żyje są złe i poniżające. W sytuacji,
gdy jednym jest bardzo dobrze, a innym źle, wówczas
tworzy się płaszczyzna powstawania niepokoju – jedni
występują przeciw drugim.
Pan Jezus przyniósł na ziemię pokój. Dokonał tego
poprzez wyzwolenie człowieka spod jarzma grzechu i
śmierci. Narzędziem Chrystusowego pokoju był i
nieustannie jest krzyż. Chrystus Pan ogłosił także
wielkie orędzie pokoju, któremu na imię MIŁOŚĆ. Wniosek
staje się oczywisty. Trzeba spełnić dwa warunki, by
odwieczne dążenie do pokoju mogło się spełnić: potrzebny
jest pokój w sercu człowieka, a więc wolność od grzechu
i miłość, jako podstawowe narzędzie spotkania człowieka
z człowiekiem.
Niepokój w wielkim świecie zaczyna się od konkretnego
człowieka. W nas samych jest niepokój, w naszych sercach
brak pokoju. Popatrzmy co się dzieje każdego dnia wokół
nas. Jakieś niewinne, 5-letnie dziecko ginie na skutek
porachunków dorosłych. Jakiś stary człowiek został
poturbowany, ponieważ młody brat potrzebował pieniędzy
na dobre zabawienie się. Giną ludzie na skutek
porachunków mafijnych, czy też walk pomiędzy gangami.
Spirale niepokojów i walk nakręcają ludzie, którym brak
pokoje w sercu. Niespokojne jest serce człowieka dopóki
nie spocznie w Bogu. Bez pogodzenia się z Bogiem, nie
będzie możliwy pokój wewnętrzny w człowieku. Gwarancją
pokoju jest miłość, której uczy nas nieustannie
Chrystus, i którą On sam przyniósł na ziemię.
Nigdy za dużo modlitwy o pokój. Dobrze to rozumiał Jan
Paweł II, który co roku, dokąd pozwalały mu siły
fizyczne, organizował spotkania modlitewne w intencji
pokoju. Obecne pokolenie, które jest często nazywane
„pokoleniem JP II”, ma zadanie kontynuować modlitewne
staranie się o pokój ojca świętego Jana Pawła II. Jednak
zawsze trzeba zaczynać od siebie, od swego serca.
WNIEBOWSTĄPIENIE PAŃSKIE
„Wy jesteście świadkami tego”.
Chciałbym, abyśmy zatrzymali się nad tym krótkim zdaniem
wyjętym z dzisiejszej Ewangelii: „Wy jesteście świadkami
tego”. W tych słowach jest zawarta misja, którą tuż
przed Wniebowstąpieniem, wyznaczył Pan Jezus tym
wszystkim, którzy mieli szczęście widzieć Jego śmierć,
zmartwychwstanie i wniebowstąpienie. Św. Jan Apostoł
wziął sobie do serca to zadanie i w jednym ze swoich
listów napisał, że on spełnia zadnia świadka tego co
widział, co dotykały jego ręce, „bo życie nam się
objawiło”. Taką samą świadomość misji mieli pozostali
apostołowie. W końcu przypieczętowali to zadanie
męczeńską śmiercią za Chrystusa.
Owszem, wyznaczona misja była bardzo trudna do
spełnienia, wręcz niemożliwa dla przeciętnego człowieka.
Mieli przecież pójść do pogańskiego świata, tak
dalekiego od przekazu ewangelicznego. Dlatego Pan Jezus
zostawia obietnice, że w realizacji tego zadania nie
będą sami. Będzie im towarzyszył Duch Święty
Pocieszyciel i On sam, który mimo odejścia z ziemi,
pozostanie wciąż obecny w znaku Eucharystii. Dzięki mocy
Ducha Świętego i dzięki Pokarmowi, jakim jest Ciało Pana
Jezusa, apostołowie mogli spełnić zadania, jakie im
zostały powierzone.
Kochane dzieci. Swoją Pierwszą Komunię Świętą
przeżywacie w dniu Wniebowstąpienia Pańskiego. Słyszycie
więc te same słowa, które Pan Jezus skierował przed
dwoma tysiącami lat do apostołów: „Wy będziecie
świadkami tego”. Sam Jezus, który dziś wstąpi w wasze
serca i jednoczy się z wami w sposób tak niezwykły, mówi
do was: „Wy będziecie świadkami tego”.
Od dziś pójdziecie w świat z Chrystusem. On będzie na
was patrzył i oczekiwał waszego świadectwa o Nim,
dawanego zarówno w domu rodzinnym, w szkole, na placu
zabaw, podczas wakacji, a także podczas różnych imprez
okolicznościowych. Od tej chwili zawsze musisz pamiętać,
że Jezus na ciebie liczy. Mówi o tym jedna z piosenek,
która prawdopodobnie zaśpiewamy podczas tej
uroczystości: „Panie Jezu, zabierzemy Cię do domu, Panie
Jezu, nie oddamy Cię nikomu…” Tak więc, ubrani w
świąteczne szaty, jak niegdyś apostołowie, pójdziecie,
by spełniać misję we współczesnym świecie. Osobiście, ja
również bardzo liczę na to, że mi pomożecie budować
nowy, lepszy świat wokół nas. Po kilku latach, gdy
szczęśliwie dojdziecie do III klasy gimnazjalnej,
otrzymacie dar Sakramentu Bierzmowania, by dalej, już z
pełna dojrzałością, spełniać zadania misyjne. Tak się
rodzą prawdziwi chrześcijanie, którzy swoją wiarę
traktują bardzo serio i zgodnie z tym, co mówił do nas
Jan Paweł II, „budują swoje życie na skale”, tzn. na
Chrystusie. Cóż to znaczy, że mamy oprzeć swoje życie na
Chrystusie? Odpowiedź na jest bardzo prosta, choć
przyznam, niezbyt dziś ceniona i atrakcyjna. „Budować
życie na Chrystusie” to znaczy kierować się zasadami
ewangelicznymi, wśród których na pierwszym miejscu jest
miłość. To jest najlepszy sposób na życie, najbardziej
również ekonomiczny i potrzebny naszemu narodowi. Tego
właśnie uczy Chrystus. Jak to robić w praktyce.
Może dobrze będzie opowiedzieć pewną bajkę. W każdej
bajce jest zawsze dużo prawdy o życiu. Otóż pewien młody
człowiek chciał wyruszyć w drogę, aby poznać świat.
„Idź” – powiedziała jego matka, „pieniędzy ci nie dam,
bo ich nie mam. Ale weź ode mnie kawałek chleba. Tak
długo, jak będziesz się nim dzielił z innymi, nigdy się
on nie skończy”. Młodzieniec wyruszył w świat. Jadł
chleb, gdy był głodny i dzielił się nim z tymi, których
spotkał. I rzeczywiście: chleb nigdy się nie kończył.
Pewnego dnia przyszedł do dużego miasta, w którym
mieszkał potężny król. Postanowił on, że odda swoją
przepiękną córkę za żonę tylko temu, kto jest jeszcze
bogatszy i ma jeszcze większą władzę niż on sam. Na
rynku ustawił ogromną wagę: na jednej szali leżały
wszystkie skarby, jakie posiadał. Każdy, kto chciał
poślubić jego córkę, musiał położyć swój majątek na
drugiej szali. Królowie z całego świata przyjeżdżali ze
wszystkimi swoimi bogactwami, ale żaden z nich nie
zdołał przeważyć skarbów na pierwszej szali. Księżniczka
zaczęła się już obawiać, że całe swoje życie spędzi w
samotności. Pewnego razu spacerowała smutna brzegiem
rzeki, aż nagle dostrzegła młodego mężczyznę, który
właśnie jadł kromkę chleba. Zaprosił ją, by przyłączyła
się do niego i poczęstował ją chlebem. Księżniczka
przyjęła zaproszenie, jadła i była znowu radosna.
Wzmocniona po takim poczęstunku wróciła do domu.
Następnego dnia młodzieniec przyszedł na rynek i stanął
obok ogromnej wagi króla. Tym razem było tam znowu wielu
innych królów, którzy próbowali przeważyć skarby władcy
tego miasta. Wszystko na próżno. Młodzieniec rozpoznał
w księżniczce młodą kobietę, z którą podzielił się swoim
chlebem. Wystąpił przed oblicze króla i powiedział: „Daj
mi twoją córkę! Kładę całe moje bogactwo – ten kawałek
chleba – na drugiej szali!” Wszyscy wyśmiali go, król
nawet się rozzłościł. Ale księżniczka poprosiła ojca, by
wyraził zgodę na tę próbę. A wtedy młody mężczyzna
położył swój chleb na wadze: jej szale zaczęły się
poruszać i ta, w której leżał chleb, opadła na dół. Nikt
nie potrafił tego zrozumieć. Król jednak dotrzymał
swojego przyrzeczenia. Księżniczka i młodzieniec byli
bardzo szczęśliwi, a mieszkańcom ich kraju nigdy nie
brakowało chleba.
Tego właśnie uczy nas nieustannie Pan Jezus – miłości,
która pozwoli innym żyć nadzieją.
„Wy będziecie świadkami”. Te słowa wyznaczają również
zadania dla rodziców i wszystkich, którzy zajmują się
wychowaniem. Pośród wielu zadań, które spełniają
wychowawcy, najważniejsze jest to, by byli oni
świadkami. Chcesz nauczyć swojego wychowanka dobrych
manier, to musisz je sam mieć. Chcesz nauczyć pięknych
słów swoje dziecko, czy wychowanka, to sam je używaj.
Chcesz, aby twoje dziecko było silne wiarą, to pokaż mu
swoją silną wiarę. Dziecko pójdzie twoją drogą, bo innej
po prostu nie zna. Mądrość nauczyciela i rodzica polega
na wskazywaniu dobrej drogi, ale skuteczność owego
wskazywania drogi zależy od tego, czy samemu się idzie
tą drogą.
Podczas chrztu świętego, kapłan wyjaśnia rodzicom i
chrzestnym, że biorą na siebie obowiązek wychowania
swojego dziecka po katolicku. Czytałem kiedyś piękne
świadectwo na ten temat francuskiego kapłana, ks. Divala.
Było ich dziewięcioro. Razem klękali do modlitwy, wraz z
ojcem i mamą. Wtedy się nauczył ks. Dival modlitwy.
„Wy będziecie mi świadkami”. Dziś daje nam Pan Jezus
zadanie. Mamy je pięknie realizować w ciągu całego
naszego życia.
X NIEDZIELA ZWYKŁA
„Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej:
Nie płacz!”
Liczą się czyny. Nasze życie jest zdominowane przez
słowa, zamiary, dobre obietnice, ale brak czynów, brak
realizacji zobowiązań i postanowień. To widać niemalże
na każdym kroku, zarówno w zakresie życia rodzinnego,
małżeńskiego, czy też w walce o władzę. Partie
polityczne prześcigają się w rzucaniu obietnic i
zamierzeń przedwyborczych. To wszystko dobrze znamy.
Prorok Eliasz, prosząc kobietę z Serepty sydońskiej o
posiłek z reszki mąki, dał gwarancję, że jej dobry czyn
wobec proroka opłaci się. Trzeba tylko zaufać, a
wszystko będzie dobrze. Kobieta zaufała i okazało się,
że dzban mąki nie wyczerpał się i baryłka oliwy była
ciągle pełna. Słowa proroka nie były pustą gadaniną, za
nimi szły konkretne czyny i fakty świadczące o
prawdomówności.
Bóg jest zawsze prawdomówny i nie rzuca pustych
obietnic.
Jezus spotykając orszak żałobny i płaczącą kobietę –
matkę zmarłego syna, użalił się, a za tym ludzkim
odruchem współczucia, poszedł czyn, który przywrócił
życie młodzieńcowi. „Nie płacz” w ustach Jezusa
zabrzmiało bardzo autentycznie. Jezus nie poprzestaje na
zwykłym współczuciu – usuwa przyczynę płaczu tej
kobiety. To tak, jak matka reaguje na płacz niemowlęcia
podaniem pokarmu. Same słowa pocieszenia tutaj nie
wystarczą – potrzeba czegoś więcej. Nieco później Jezus
będzie mówił do płaczących kobiet na szlaku drogi
krzyżowej: „Nie płaczcie nade mną, ale nad sobą i swoimi
dziećmi”. Płacz kobiet z drogi krzyżowej był pusty,
niczego nie zmieniał i nie naprawiał.
Każdy płacz zawiera jakąś tajemnicę, której odkrycie
nie zawsze jest możliwe, a czasem lepiej, by pozostało
tajemnicą. Łzy bywają jedynym sposobem na ulgę w
cierpieniu. Przed kilkunastu laty, gdy pracowałem w
Starachowicach, zdarzył się bardzo dramatyczny wypadek.
Oto dzieci wracały autobusem z turnusu kolonijnego.
Doszło do zderzenia z drugim autobusem wypełnionym po
brzegi pasażerami. Pojazdy wbiły się w siebie, a
oderwane blachy ucinały ręce i głowy dzieci siedzących
po stronie kierowcy. Pamiętam matkę, która przyszła
przed pogrzebem i nic nie mówiąc – płakała. Straciła
11-letnią córkę, a jej synek prawie oszalał, bo trzymał
główkę siostry na kolanach na pół uciętą. Pamiętam, że
nic nie mogłem powiedzieć, żadne słowo nie było w stanie
pocieszyć tej matki. Milczałem i płakałem z tą kobietą.
Płacz ma zawsze jakąś przyczynę. Jest znakiem
cierpienia duchowego lub fizycznego. Bywa oznaką
bezsilności wobec napotkanych przeciwności losu.
Tutaj przychodzi moment na refleksje: jak żyć, by nie
stać się powodu płaczu kogoś bliskiego? Jak żyć w
małżeństwie, by żona, czy też mąż, nigdy nie mieli
powodu do płaczu? Jak postępować, by moi rodzice nie
musieli płakać z mego powodu? A Bóg – ileż razy ma powód
do płaczu nad nami?
Wiele nieszczęść i dramatycznych sytuacji można
byłoby uniknąć, gdyby ludzie byli wierni swoim
zobowiązaniom. Nauczycielka, widząc płaczącą
dziewczynkę, podchodzi i pyta: Dziecko, dlaczego
płaczesz? Odpowiedź: Bo wczoraj dowiedziałam się, że moi
rodzice rozwodzą się. Teraz nie wiem, z kim i gdzie będę
mieszkała. Jakże często swoje egoistyczne interesy
stawiamy wyżej niż dobro drugiego człowieka. Zbyt łatwo
wyciskamy sobie wzajemnie łzy z oczu, i co najgorsze –
nie czujemy żadnej winy z tego powodu.
Dziś przychodzimy do Jezusa z naszym codziennym
życiem, przynosimy nasze cierpienia i krzyże, być może
ukradkiem pozwalamy, by łza zakręciła się w naszych
oczach.
Warto wsłuchać się w Jezusowe słowa: „Nie płacz!” On
podaje ci swą dłoń i mówi: wstań, żyj na nowo!
XI
NIEDZIELA ZWYKŁA
Kobieta cudzołożna była wyrzutkiem społeczeństwa. Każdy
się nią brzydził, a jednocześnie, iluż przychodziło, gdy nikt nie widział,
by korzystać z jej usług. Zostawiali ją pohańbioną, zawstydzoną, a sami,
uchodzący za wspaniałych i nieskazitelnych, wracali do codzienności prawych
obywateli Jerozolimy. Trzeba przyznać, że ten proceder traw nieustannie.
Mimo upływu lat, wspaniałych osiągnięć cywilizacyjno-technicznych, mimo
bogatej wiedzo o człowieku i jego wartości, ciągle człowiek wykorzystuje
słabość drugiego człowieka, czyniąc go narzędziem swoich pożądań.
Dla Jezusa każdy człowiek jest ważny. W każdym człowieku
jest bowiem obraz i podobieństwo Pana Boga. Pewnie
wiedziała o tym ta cudzołożna kobieta, skoro tak
odważnie podeszła. Znała swój grzech i czuła jego
ciężar. Już nie mogła dłużej z tym żyć. Miała
jednocześnie świadomość, że nikt jej będzie chciał
współczuć, a tym bardziej zrozumieć jej trudną sytuację
i przebaczyć jej.
Dowodem na to jest postawa faryzeusza Szymona. Z
obrzydzeniem i pogardą mówił o tej kobiecie. Pewnie już
był gotów ją wyrzucić ze swego domu, by nie zakłócała
pięknego spotkania z Jezusem.
Jezus jej nie odrzucił. Wziął ją w obronę, a nawet
uczynił przykładem dla Szymona, który zaniedbał pewnych
gestów wobec zaproszonego Gościa. Ona, przecież
grzesznica, stała się dla sprawiedliwego Szymona –
wyrzutem sumienia i wezwaniem do zmierzenia się z prawdą
o sobie.
Przychodząc dziś na spotkanie z Jezusem, nie bójmy się
powiedzieć, że mamy podobny problem jak ta ewangeliczna
jawnogrzesznica. Odwiecznym problemem człowieka jest
jego słabość, skłonność do ulegania grzechowi, a także
niestałość w dążeniu do dobra, piękna i prawdy. Święty
Paweł Apostoła tak pięknie napisał w jednym ze swoich
listów: „nieszczęsny ja człowiek,…. pragnę bowiem
dobra, a tak łatwo mi przychodzi czynić zło”.
Kościół miał zawsze świadomość grzechu i słabości. Stąd,
na początku każdej Mszy świętej słyszymy wezwanie:
„przeprośmy Pana Boga za nasze grzechy, abyśmy mogli
godnie sprawować tę najświętszą Ofiarę.”
Tej świadomości nie ma się co wstydzić, bo wstyd w tym
momencie będzie świadczył jedynie o naszej pysze i
egoizmie. Nauczmy się od tej kobiety odwagi w
przyznawaniu się do zła. Nie wstydźmy się pokazać łez,
gdy grzech nam bardzo ciąży. Ona wylała cały potok łez
na nogi Jezusa, potem włosami je otarła i usłyszała
słowa przebaczenia.
Współczesny człowiek chciałby wymazać grzech ze swej
świadomości. Trzeba przyznać, że w wielu krajach,
szczególnie znanych z liberalnych tendencji, udało się
to osiągnąć. Grzech zastąpiono innymi określeniami, by
stępić jego ostrość, by zamknąć tę wstydliwą prawdę o
człowieku w starych murach świątyń i powiedzieć, że jest
to relikt przeszłości.
Jednak skutki obecności grzechu co krok są obecne w
naszym życiu. Ludzie płaczą na swój los, narzekają na
innych ludzi, na sprawujących władzę, ale ciągle
odsuwają świadomość własnej winy, wynikającej ze
skażenia natury ludzkiej. Tymczasem od tego problemu nie
uciekniemy. Wcześniej, czy później, ale przyjdzie nam
zapłacić za naszą niefrasobliwość i bezmyślność.
Może, więc, warto pójść śladem kobiety cudzołożnej, albo
króla Dawida, który miał odwagę powiedzieć:
„Zgrzeszyłem…”. Może warto stanąć przed Panem, by
jeszcze raz sięgnąć po Jego Miłosierdzie?
UROCZYSTOŚĆ ŚWIĘTEGO
JANA CHRZCICIELA |