| |
..::
Homilie ::..
..:: 2009/B ::..
wstecz
II NIEDZIELA WIELKIEGO
POSTU
III NIEDZIELA
WIELKIEGO POSTU
ZMARTWYCHWSTANIE
PAŃSKIE
III WIELKANOCNA
V WIELKANOCNA
VI WIELKANOCNA - I
KOMUNIA ŚWIĘTA
XI ZWYKŁA
XIII ZWYKŁA
XIV ZWYKŁA
XV ZWYKŁA
XXII NIEDZIELA
ZWYKŁA
XXIII NIEDZIELA
ZWYKŁA
XXIV NIEDZIELA
ZWYKŁA
XXV NIEDZIELA
ZWYKŁA
XXVIII NIEDZIELA
ZWYKŁA
XXX NIEDZIELA ZWYKŁA
XXXIII NIEDZIELA ZWYKŁA
Homilia na II
Niedzielę Wielkiego Postu
W okresie
Wielkiego Postu, bardziej niż kiedykolwiek, dociera do
naszej świadomości prawda o tym, jak bardzo Bóg nas
kocha. „Nawet własnego Syna nie oszczędził, ale wydał Go
za nas.” Rozważamy te tajemnice o Bogu bogatym w
miłosierdzie podczas Drogi Krzyżowej i w czasie śpiewu
Gorzkich Żali, a także w czasie rekolekcji, które
niebawem i w naszej parafii będą się odbywały. Bóg mnie
kocha takiego jakim jestem, ale jednocześnie ten
kochający mnie Bóg nie chce, abym był człowiekiem
grzechu i chodzącym po bezdrożach.
Czy
zastanawialiśmy się kiedykolwiek jaka powinna być nasza
odpowiedź na tak wielką miłość Pana Boga ku nam. Zwykła
sprawiedliwość wymaga, bym na tę Bożą miłość
odpowiedział również miłością. Ta odpowiedź na Bożą
miłość może być udzielana na różne sposoby.
Oto w pierwszym
dzisiejszym czytaniu spotkaliśmy Ojca wiary, jakim jest
Abraham. Jego także pokochał Pan Bóg. Wezwał go pewnego
razu z Ur chaldejskiego do Ziemi, którą mu ukazał Bóg.
Abraham bez najmniejszego wahania opuścił dom rodzinny i
poszedł z całym swoim dobytkiem w nieznanym kierunku.
Owszem, Pan Bóg wynagrodził posłuszeństwo Abrahama,
dając mu syna Izaaka, a także obiecując, że będzie on
ojcem narodu tak licznego, jak piasek na brzegu morza.
Ale na tym nie skończyły się oczekiwania Pana Boga
względem Abrahama. Pewnego dnia Bóg zażądał, aby
Abraham, z miłości do Niego, złożył w ofierze własnego
syna Izaaka. I co na to Abraham? Z wielkim bólem w
sercu, zabiera syna, wkłada na jego ramiona chrust,
bierze nóż i idzie na świętą górę w krainie Moria, by
złożyć Izaaka, własnego syna, w ofierze dla Pana Boga.
Bóg Niechciał krwi niewinnego dziecka, chciał się tylko
przekonać, czy rzeczywiście Abraham jest gotów wszystko
dla Niego zrobić.
Zastanawiam się,
barcią i siostry, co my bylibyśmy w stanie zrobić z
miłości do Pana Boga. Przecież wiemy, że Bóg nas kocha i
pragnie nas wszystkich zbawić. Uzasadnione jest więc,
pytanie, czy ja jestem w stanie odpowiedzieć miłością na
miłość. A jeśli Bóg nie znajduje odpowiedzi z naszej
strony na swoją miłość względem nas, jak musi z tego
powodu, mówiąc po ludzku, cierpieć – czy my się nad tym
zastanawiamy? Bóg, który nas kocha jest niekochany!
Oczywiście, nasza miłość nic nie dodaje Panu Bogu - to
my ubogacamy się, kochając Pana Boga. Ludzie bywają
bardzo nieszczęśliwi, gdy nie znajdują odpowiedzi na
swoją miłość. Pamiętam pewną dziewczynę, „po uszy”
zakochaną w chłopaku. Kiedy nie znalazła odpowiedzi na
swoją miłość ze strony chłopaka, to usiłowała nawet
popełnić samobójstwo. Zawędrowała do szpitala i dopiero
tam, po długich rozmowach z psychologiem i z księdzem,
doszła do wniosku, że nie warto było dla chłopaka
narażać swoje życie.
Wracam do pytania,
co jestem w stanie zrobić dla Pana Boga, aby
odpowiedzieć na Jego miłość? Jaką ofiarę jestem w stanie
złożyć dla Pana Boga? Widzisz, Pan Bóg nie żąda, byś
własnego syna, czy córkę składał Mu w ofierze. Chodzi o
coś, co jest możliwe dla każdego przeciętnego człowieka.
Czasem są to sprawy niewielkie, ale ważne z punktu
widzenia pracy nad sobą. Są takie dziedziny naszego
życia, w których zabrnęliśmy już za daleko. Bez
opamiętania i umiaru korzystasz z telewizora, gier
komputerowych, z używek różnego rodzaju. Czy nie
sadzisz, że warto poddać się próbie i odsunąć od siebie
to, co być może już cię zniewoliło? A może, wbrew swoim
zwyczajom, odważysz się przyjść na Mszę świętą w zwykłym
dniu tygodnia, albo na Gorzkie Żale czy Drogę Krzyżową,
czyniąc w ten sposób ofiarę z czasu, który i tak
poświęcisz na coś bardzo błahego. Czy stać cię na taką
ofiarę dla Pana Boga? Ona i tak nie będzie w żaden
sposób równa tej ofierze, którą złożył Abraham dla Boga,
ale coś zawsze będzie.
Może właśnie
wtedy, gdy coś złożysz Panu Bogu w ofierze, zostaniesz
zabrany przez Jezusa, podobnie jak Piotr, Jakub i Jan,
na górę Tabor i odczujesz żywą obecność Boga?
Homilia
na III Niedzielę Wielkiego Postu
Dobrze, Panie,
uczyniłeś wyrzucając handlarzy ze świątyni. Przecież to
miejsce było święte. Ludzie tutaj przychodzili, by
rozmawiać z Bogiem. Niestety, nie wszyscy potrafili
zachować szacunek do tego świętego miejsca.
Handlarze poczuli
się obrażeni i zlekceważeni. Nikt jeszcze tak ich nie
potraktował. Faryzeusze w ogóle nie reagowali na
handlowy incydent. Patrzyli na cały proceder z
przymrużeniem oka, bo pewnie im się opłaciła ta
sytuacja. Warto z handlarzami trzymać, zawsze jakiś
profit może kapnąć, a poza tym, lepiej nie drażnić
wpływowych ludzi.
Pan Jezus nie
zważał na wszystkie te względy. Owszem, było jasne, że w
ten sposób naraża się na wrogość tej grupy ludzi. Należy
przypuszczać, że oni bardzo chętnie wezmą udział w
procesie przeciw Jezusowi. Ale czy to powinno mieć
znaczenie, gdy chodzi o prawdę, miłość wobec Pana Boga.
„Gorliwość o Dom Twój, pożera mnie”.
Po dwudziestu
wiekach, okazuje się, że sytuacja jest identyczna. W
naszych czasach nikomu nie są obce obrazki, które tak
poirytowały Pana Jezusa. Dzień Pana jest nieustanne
poniżany. Przyzwyczailiśmy się do widoku kwitnącego cała
parą niedzielnego handlu. Szatan ma uciechę, że tak
łatwo udało się ludzi odciągnąć od świętowania do
czynienia rzeczy tak odległych od tajemnic, które
powinny w tym dniu napełniać nasze serca. Szatan nawet
podsuwa gotowe argumenty, których tak chętnie używamy,
by jakoś wytłumaczyć niedzielne zakupy. Zaczyna nawet
klarować się pewien model życia współczesnych rodzin:
cały tydzień intensywna praca, a w niedziele robimy
zakupy. Dla Pana Boga już nie ma czasu. Nawet jeśli już
wpadam na niedzielną Eucharystię, to niecierpliwie
spoglądam na zegarek, by nie tracić zbyt wiele czasu.
Nie ma mowy o rodzinnym świętowaniu niedzieli. Nie ma
mowy o rozmowie z dziećmi na ważne tematy. Nie ma też
żadnych szans na odwiedziny u jakiegoś schorowanego,
starszego człowieka.
Zastanawiam się,
co zrobiłby Pan Jezus, gdyby tak sobie wszedł w
niedzielę do supermarketu. Jakie musiałoby być Jego
poirytowanie.
Nawet święte
miejsca i uroczystości liturgiczne są natychmiast
wykorzystywane do robienia niezłego biznesu. Wystarczy
pojechać do jakiegoś sanktuarium, szczególnie znanego
dla ogółu ludzi. Jaki tam jest handel! Wszystko się
sprzedaje. Oczywiście pod przykrywką pięknych i
wzniosłych przeżyć religijnych. Znów, trzeba z
przykrością powiedzieć, że Pan Bóg został przesunięty na
dalszy plan.
Czas, byśmy nieco
zmądrzeli. Albowiem to, „co jest głupstwem u Boga,
przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga,
przewyższa mocą ludzi.” Czas, by wreszcie drogi Boże
stały się naszymi drogami.
ZMARTWYCHWSTANIE PAŃSKIE
Bywają w życiu człowieka sytuacje, które nas zaskakują. Stajemy oszołomieni i czasem przerażeni. Są to takie sytuacje, po których wszystko się zmienia, już nie jest tak, jak było przedtem.
Taką sytuację przeżyły kobiety, które wczesnym rankiem przyszły do Grobu Pana, by dokonać obrzędu namaszczenia na wieczny spoczynek.
Czy mogły przypuszczać, że spotka ich w ten poranek coś, co zupełnie zmieni ich życie? Czy mogły przypuszczać, że w ten poranek sprawi, że już nic nie będzie tak, jak było przedtem? Czy w najśmielszych marzeniach mogły myśleć, że tego poranka nie będą im potrzebne flakoniki z olejkiem i wonności do namaszczenia zmarłego, bo nie będzie już kogo namaszczać. Te kobiety, które miały wypełnić jedynie posługę miłosierdzia wobec ukochanego Mistrza i Pana, oto nagle stały się świadkami pustego grobu, a później świadkami Zmartwychwstania.
Święta Wielkanocne są bardzo radosnymi świętami, ale zarazem pełnymi głębi. Dlatego wymagały tak długiego, bo aż 40 dni trwającego przygotowania.
Co roku stajemy w obliczu pustego grobu Pana i za każdym razem słyszymy płynące z tego grobu przesłanie, które Chrystus kieruje do swoich uczniów – chrześcijan.
Co roku mówimy niejako o tym samym; mówimy o znanej prawdzie, ale przecież wciąż na nowo odkrywanej i nieustannie pogłębianej. Jaką prawdę w dzisiejszy poranek wielkanocny winniśmy jeszcze raz usłyszeć. Ona jest tą samą, dobrze nam znaną prawdą, która także dotarła tego ranka do świadomości kobiet od namaszczenia.
Wsłuchujemy się dziś w Chrystusa posyłającego na spotkanie w Galilei i rozważając świadectwo Jana, który wszedł do grobu, ujrzał i uwierzył, stawiamy sobie pytanie: Kim powinien być chrześcijanin obecnego wieku? Kim są dzisiejsi chrześcijanie, a kim powinni być? Jakie zobowiązania płyną wobec dzisiejszej kobiety, jakby następczyni tamtych kobiet od pustego grobu, a także wobec mężczyzn, którzy dziś, podobnie jak Jan i Piotr, analizując fakty i wyznają wiarę? Kim mamy być?
Popatrzmy na siebie – kim my jesteśmy? Wystarczy wziąć pod uwagę chrześcijan w Polsce, a jest nas ponad 90%. Dane statystyczne nie są optymistyczne. Kilka przykładów. Pośród katolickich małżeństw, co trzecie w skali ogólnej rozwodzi się (w dużych miastach, co drugie małżeństwo zawarte wobec Chrystusa rozwodzi się). Jedną z nowych przyczyn doprowadzających do rozwodów jest emigracja zarobkowa. W Polsce katolickiej jest ponad 2 mln niesakramentalnych małżeństw. A ile jest porzucanych i niechcianych dzieci? Ilu jest zniewolonych alkoholem i innymi czynnikami uzależniającymi? Ilu chodzi systematycznie na niedzielną Eucharystię, pamiętając, ze każda niedziela jest Pamiątka Zmartwychwstania naszego Pana? Ilu chrześcijan jest zagniewanych i toczą się procesy sądowe pomiędzy nimi? A przecież Jezus mówił, ze mamy się wzajemnie miłować.
Tacy jesteśmy, a właściwie bywamy tacy. Jest bowiem wiele przykładów przepięknego życia chrześcijańskiego, które są świadectwem dawanym nieustannie wobec Chrystusa Zmartwychwstałego.
Kochani, naszym powołaniem jest BYĆ ŚWIADKIEM CHRZEŚCIJAŃSKIEJ NADZIEI. W listopadzie 2007 roku ojciec święty Benedykt XVI napisał encyklikę o nadziei Spe Salvi, w której mówi, że chrześcijanie w odróżnieniu do innych ludzi mają nadzieję. Wierzą, że ich życie nie kończy się pustką – mają przyszłość. Chrześcijanie potrafią być świadkami tejże nadziei, która czerpie swoją moc właśnie z tajemnicy dzisiejszego dnia. Pusty grób Pana, to źródło nadziei. Dzisiejsza uroczystość mówi, że Wielki Piątek maił sens. Pokazał, bowiem miłość, która rodzi nadzieję. Dowiedzieliśmy się, że człowiek został odkupiony przez miłość.
Oto znamienny przykład: Na Litwie żyła uboga wdowa, Danuta Puotkalis. Pracowała ciężko na utrzymanie pięciorga dzieci. Zachorowała śmiertelnie i widząc zbliżający się koniec życia, poprosiła aby posłano po notariusza. Zdziwieni sąsiedzi pomyśleli, że postradała zmysły, nie miała bowiem majątku i nie było co zapisywać w testamencie. Chora jednak twierdziła, że ma wielkie skarby, które musi rozdzielić między swoje dzieci. Posłano mimo wszystko po rejenta, a kiedy przybył, wdowa podyktowała mu następujący testament:
„Zostawiam was kochane dzieci sierotami, ale jestem spokojna o waszą przyszłość, bo zapisuję wam wielkie skarby. Jest was pięcioro. A moje skarby to pięć ran Ukrzyżowanego Zbawiciela. Są moje, bo za mnie wycierpiał je Pan Jezus. Wam - mówiła do najstarszych córek - zapisuję rany Rąk Zbawiciela. Jako sieroty musicie ciężko pracować na kawałek chleba. Starając się o utrzymanie ziemskiego życia, nie zapominajcie o niebie, a wtedy rany Rąk Chrystusa osłaniać was będą i błogosławić. Wam - zwróciła się do młodszych - zapisuję rany Nóg Zbawiciela. Jako sieroty będziecie tułać się po świecie. Pamiętajcie jednak, aby nigdy nie schodzić z drogi Krzyża świętego, którą Nogi Chrystusa wam wskazały. Rany Najświętsze bronić i strzec was będą. Tobie, jedyny synu - zapisuję ranę Serca Jezusowego, boś najmłodszy i najbardziej potrzebujesz opieki Boga.” Nigdy dotąd nie spisano za panowania cara Aleksandra podobnego testamentu. Wieść o dziwnym testamencie rozeszła się lotem błyskawicy wśród ludzi. Osierocone dzieci szybko znalazły przybrane rodziny.
Chrześcijanie są więc ludźmi nadziei. Nie ma miejsca na jakąś pustkę w sercu, Chrystus, bowiem, tę pustkę zapełnił swoim zwycięstwem w tamten poranek, dziś świętowany.
W jednej z dzielnic Brukseli jest hotel, do którego nie prowadzą żadne schody. Płaski próg umożliwia wózkom inwalidzkim swobodny przejazd. Hotelem zarządza chrześcijańska wspólnota charytatywna. W budynku mieszkają: staruszki, alkoholiczki, uciekinierki z Pakistanu i z Indii oraz cztery osoby upośledzone ruchowo. Jedna z tej czwórki, dziewczyna, może porozumieć się tylko za pomocą słów wystukiwanych nieudolnie na maszynie do pisania. Właśnie ją telewizja francuska zaprosiła do programu o problemach ludzi niepełnosprawnych. Dziennikarz prowadzący audycję zadał młodej kobiecie najistotniejsze chyba ze wszystkich pytanie: - Skąd pani czerpie siłę, aby codziennie wytrzymać to bolesne doświadczenie paraliżu? Dziewczyna wystukała nieporadnie na maszynie kilka liter. Kamera pokazała z bliska kartkę papieru. Widniało na niej tylko jedno słowo: ALLELUJA!
Jeżeli komuś z nas, tutaj obecnych, brakuje nadziei na jutro, na życie, to zachęcam do częstego przypominania sobie dzisiejszego poranka. Pozwólmy, by z naszych serc wyrwało się wołanie ALLELUJA! Życie ma sens. Krzyż miał sens, bo był – jest – PORANEK ZMARTWYCHWSTANIA. JEST NADZIEJA!
III
NIEDZIELA WIELKANOCNA
Było to kolejne spotkanie Pana Jezusa z Apostołami. Pan
Jezus przychodzi mimo zamkniętych drzwi, rozmawia z
nimi, pokazuje im ręce i bok, prosi o kawałek ryby –
wszystko po to, by oni uwierzyli. W końcu wyznacza
apostołom zadanie: „Wy jesteście świadkami tego”.
My także przyszliśmy dziś, w kolejną nadzielę
wielkanocną, na spotkanie z Panem, a właściwie trzeba
powiedzieć, że to On, ten sam Jezus, nasz Zbawiciel,
przychodzi do nas, by nam pokazać, że jest. Jest tym
samym, który był wówczas, w Wieczerniku, przed dwoma
tysiącami lat.
Pan Jezus nie starzeje się i nie zmienia się. Ewangelia
także nie starzeje się i nie zmienia. Jest i dziś tak
samo aktualna, jak wówczas i przesłanie, które
wypowiedział Pan Jezus wówczas do apostołów jest wciąż
aktualne.
Trzeba więc bardzo osobiście przyjąć i zrealizować
zadanie, jakie Pan nam wyznacza dziś: „Wy jesteście
świadkami tego!”.
A ja pytam sam siebie: Czego ja mogę być świadkiem dziś,
żyjąc w XXI wieku? Jestem świadkiem bardzo niepokojących
zjawisk, które jak potwory wkraczają w nasze życie z
cała mocą. Ludzi zajmują się bardzo aktywnie
gromadzeniem dóbr materialnych. Chcą mieć coraz więcej i
żyć coraz lepiej i wygodniej. Inni ubolewają z powodu
rosnącego bezrobocia, które blokuje możliwość
gromadzenie owych dóbr materialnych. Czas biegania za
dobrami materialnymi jest zabarwiany rozmaitymi
rozrywkami i przyjemnościami, których rodzaj i zakres
jest nieograniczony żadnymi względami. Tego jesteśmy
świadkami. Prawie jak pogański świat z czasów rzymskiego
imperium. Czyżby to był koniec naszej cywilizacji?
Czyżby to zapowiadało samozniszczenie tego, co przez
lata budowaliśmy jako ludzie wyrośli z korzeni
Zmartwychwstałego Chrystusa? Nie, nie chcemy żeby tak
było.
W takim świecie przyszło nam być świadkami Chrystusa:
ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Mamy być świadkami
Ewangelii, która się nie starzeje i nie przestaje być
aktualna. Mam być świadkiem Boga, który chce wkroczyć w
nasze życie i pokazać jak dobrze i pięknie jest żyć
według Ewangelii. Obok tego rozkrzyczanego świata
wypłukanego z wartości i z samego Boga, jest świat
ciągle żyjącego i obecnego z nami Chrystusa, który co
roku, w tym właśnie okresie, pokazuje nam przebite ręce
i bok i mówi: „Pokój wam!” Nie posiadamy środków,
którymi dysponuje „cywilizacja śmierci”; nie posiadamy
sieci telewizyjnych i radiowych, kolorowych pism o
olbrzymich nakładach. Mamy natomiast Ewangelię w ręku i
pewność, że z nami jest Ten, który zwyciężył świat.
Jak być świadkiem Ewangelii dziś? Rozpoczynamy
ogólnopolski tydzień biblijny. To dobra okazja, by sobie
postanowić częstą lekturę Pisma świętego. Nie można być
bowiem świadkiem Chrystusa nie znając Radosnej Nowiny o
Nim. Cieszy fakt, że powstają grupy biblijne. U nas jest
grupa pod nazwą Posługa Słowa Bożego. Powstają Kręgi
Rodzin (w naszej parafii poszerzają się i rozwijają
Kręgi Rodzin) i wspólnoty oazowe dla dzieci i
młodzieży. Powstają Katolickie Stowarzyszenia i grupy
Akcji Katolickiej. Te wspólnoty dokonają formacji siebie
w oparciu o Pismo święte, a ich zasadniczym celem jest
świadomość bycia ŚWIADKIEM CHRYSTUSA.
Świadek Chrystusa nie musi uciekać od tego świata. Jego
zadaniem jest być w tym świecie, ale nie dać się
wciągnąć w sposoby życia, jakie proponuje świat. Trzeba
nauczyć się być w tym świecie nie tracąc autentycznych
wartości, jakie zostawił nam Chrystus.
V WIELKANOCNA
Wytrwajcie we Mnie, a Ja /będę trwał/ w was.
Każdy z nas musi bardzo osobiście przyjąć te słowa, bo one tak właśnie zabrzmiały. Niezależnie od epoki, stanu, czy zawodu – sens życia chrześcijańskiego i jego wartość zależy od tego, czy jest ono oparte na Chrystusie.
Bez Niego pierwsi chrześcijanie nie mogliby sięgnąć po palmę męczeństwa. Żaden kapłan, zakonnik czy zakonnica nie mogą bez Chrystusa i Jego łaski wytrwać w swoim powołaniu. Także małżonkowie bez Chrystusa nie mogliby spełnić zobowiązań podjętych podczas składania przysięgi małżeńskiej. Jednym słowem – Chrystus jest fundamentem naszego życia.
Czyny wielkich świętych: Franciszka z Asyżu, Stanisława Kostki, Maksymiliana Marii Kolbego, Karoliny Kózkówny, Matki Teresy z Kalkuty czy Sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki i wielu innych, nie byłyby tak niezwykłe, wręcz niewiarygodne, gdyby za nimi nie stał Chrystus. On zmienia człowieka. Chrystus sprawia, że Szaweł staje się Pawłem, Magdalena jawnogrzesznica porzuca dotychczasową drogę życia, a łotr otrzymuje zapewnienie raju. Takich przemian dzięki łasce Chrystusa i trwaniu w Nim jest tysiące. Znany twórca zespołu Arka Noego Robert Fredrich, czy Tomasz Budzyński – niegdyś członek zespołu Siekiery – dzięki łasce Bożej ci ludzie przemienili się i teraz trwają przy Chrystusie, dając o Nim piękne świadectwo.
Każdy z nas potrzebuje Chrystusa, by dzięki Niemu nasze życie nabrało sensu.
A co trzeba zrobić, żeby tak był? Trzeba zacząć od stwierdzenia, że nie trwam w Nim. Trzeba dokonać swego rodzaju rozrachunku z samym sobą. Czy jest sens, by dalej unikać spotkania z Bogiem? Czy jest sens, by dalej marnować swoje życie? Dlaczego, zamiast stać gdzieś poza świątynią i udawać, że wszystko jest w porządku, nie przyjdziesz bliżej ołtarza, by dać się ogarnąć łasce Bożej? Dlaczego nie chcesz się oczyścić w Sakramencie Pokuty, by zacząć nowe życie?
Świat wokół nas staje się coraz bardziej niebezpieczny. Pogoń za pieniądzem wyzwala nienawiść i podstęp. Ludzie nie umieją z sobą rozmawiać. Nawet ci, którzy niegdyś byli sobie bliscy przez wspólny front walki z systemem komunistycznym, teraz stali się wobec siebie wrogami i dyszą chęcią zemsty i nienawiści. Wydaje się, że dosyć łatwo jest znaleźć przyczynę tego stanu rzeczy. Odeszliśmy od Chrystusa. On przecież powiedział, że bez Niego, nie możemy przynosić dobrych owoców. Ludzie gromadzący się wokół Chrystusa i trwający w Nim, są w stanie dokonać wielkich dzieł. Doświadczyliśmy tego przecież sami, gdy wznosiliśmy wielkie dzieło, którym jest nasza świątyni i z której teraz jesteśmy dumni. Wiemy, że to było możliwe tylko dzięki trwaniu przy Chrystusie. Ileż godzin spędziliśmy na modlitwie? Ileż wspólnie przeżytych Apeli Jasnogórskich i adoracji pierwszo piątkowych? To wszystko przyniosło wielki owoc w postaci wspólnoty, która tworzymy. Przeżywając w tym roku 20-lecie istnienia naszej parafii, trzeba, abyśmy sobie to uświadomili i powrócili do tych źródeł, z których wyrośliśmy. Trzeba z odwagą szukać spotkań z Chrystusem, czy to poprzez Ruch Światło-Życie, czy angażując się w różne formy pracy formacyjnej.
„Wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwała w was”.
Trwać przy Chrystusie to znaczy systematycznie się modlić, poważnie traktować niedzielną Eucharystię, układać swoje życie w zgodzie z zasadami Bożych przykazań - to takie założenia dla chrześcijanina.
VI WIELKANOCNA - I
KOMUNIA ŚWIĘTA
22858575
22852950
(`@`````````
266
263
5
110183775
110178150
„Wy jesteście przyjaciółmi moimi…”
Takie słowa mówi dziś do was, kochane dzieci, Chrystus.
Piękniejszych słów nie można sobie nawet wyobrazić. Być
przyjacielem Jezusa… to coś niesamowitego. Co więcej –
przyjaźń z Jezusem jest najbardziej prawdziwa i
autentyczna. Z pewnością ta przyjaźń stanowi wzór dla
innych przyjaźni jakie łącza ludzi. Przyjaciel to ktoś,
kto potrafi się za nas poświęcić, kto potrafi nawet
oddać za nas życie. Jezus to zrobił. Opowiedział nam
wszystko o sobie, niczego nie ukrywając – tak właśnie
postępuje przyjaciel. I jeszcze coś zrobił – pozostał z
nami w Eucharystii.
Dlatego możemy powiedzieć, że dziś Przyjaciel przychodzi
do was, kochane dzieci.
Kiedy przygotowywaliście się przez cały rok do
dzisiejszego dnia, to zapewne wielu z was już od dawna
marzyło o tym spotkaniu. Pani Edyta, która bezpośrednio
was przygotowywała do tej uroczystości, wiele razy wam
mówiła, że nie są ważne prezenty, jakie w tym dniu
otrzymacie, bo najważniejszym Prezentem będzie Jezus,
nasz najlepszy Przyjaciel.
Co zrobić, aby tak przeżyć dzisiejszy dzień? Trzeba mieć
cos takiego w sobie, by umieć przyjąć ten wspaniały
Prezent, czyli żywego i prawdziwego Jezusa. Trzeba mieć
wiarę, że oto w tym białym kawałeczku chleba jest Żywy
Jezus Chrystus. Niestety są ludzie, którzy choć nazywają
się chrześcijanami, to jednak nie wierzą w żywą obecność
Pana Jezusa.
Czytałem kiedyś w pewnej książce jak to do kapłana
przyszedł człowiek, który trochę chciał sobie zakpić z
niego i zapytał: „Jak to jest możliwe, że z chleba i
wina powstaje Ciało i Krew Chrystusa?” Kapłan mu
odpowiedział: „Jeśli twoje ciało potrafi przemienić
spożywany pokarm w tkanki i krew, to dlaczego Bóg miałby
tego nie zrobić?” Ale mężczyzna nie dawał za wygraną: „A
jak w tak małej hostii może być obecny cały Jezus?”
Ksiądz mu rzekł na to: „Krajobraz leżący przed tobą jest
tak ogromny, a twoje oko takie małe, a mimo to jego
widok mieści się w nim. Dlaczego więc Bóg miałby się nie
zmieścić w małym kawałkiem chleba?” Ale mężczyzna zadał
jeszcze jedno pytanie: „Jak ten sam Chrystus może być
obecny jednocześnie we wszystkich kościołach?” Wtedy
ksiądz wziął lustro i kazał mu się w nim przejrzeć.
Potem rzucił je na podłogę, aby rozbiło się na jak
najwięcej kawałków i powiedział: „W każdym z nich możesz
teraz jednocześnie ujrzeć swoje odbicie!” Mężczyzna
spuścił głowę i odszedł, czy uwierzył nie wiem.
Dziś, gdy po raz pierwszy w życiu, przyjmiecie Pana
Jezusa do serca w postaci cudownego chleba, to
pamiętajcie: TO JUŻ NIE JEST CHLEB, CHOC POCZUJESZ SMAK
CHLEBA - TO JEST JEZUS, TEN SAM, KTÓRY UMARŁ ZA NAS NA
KRZYŻU I KTÓRY ZMARTWYCHWSTAŁ.
Spotkałem w swoim życiu bardzo wielu mądrych i wybitnie
wykształconych ludzi, którzy tak samo jak wy, przyjmują
Komunię świętą, niektórzy z nich codziennie. A dlaczego
to robią? Bo wierzą, że Pana przyjmują do serca. Wierzą,
że bez tego Pokarmu nie mogliby żyć. On zaspakaja nie
tyle głód ciała, co głód duszy.
Dlaczego tak wielu ludzi młodych jest dziś zagubionych,
tak łatwo wpadają w różne nałogi i tracą zdrowie, a
nawet życie? Otóż dlatego, że nie karmią się Chrystusem,
Jego Ciałem. Przyjmując Pana Jezusa do serca, nie tylko
zaspakajamy duchowy głód, ale czegoś się uczymy.
Eucharystia uczy nas miłości do ludzi. Pomyślcie, że
Chrystus przyjdzie dziś tak samo do każdego z was. Chce
każdemu dać siebie. W ten sposób uczymy się braterstwa i
miłości.
Wszyscy podziwiamy przepiękna postać jaką jest Bł. Matka
Teresa z Kalkuty. Podziwiamy jej miłość do ludzi i
zachwycamy się jej wielkim sercem do każdego człowieka.
Mówiono o tym wszystkim w telewizji, pisano w prasie,
ale rzadko kto wspomniał, że jej postawa miała swoje
źródło w codziennej Eucharystii – tam zdobywała siłę.
Uczniów Chrystusa zawsze poznawano i wciąż poznaje się
po miłości. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa mówiono
o chrześcijanach: „Zobaczcie, jak oni się miłują!”. Tej
miłości uczyli się od Chrystusa, którego przyjmowali
podczas codziennej Eucharystii.
Zachęca was, kochane dzieci, byście często karmiły się
Panem Jezusem. Czas przyjścia na Mszę świętą nigdy nie
jest straconym – zawsze zyskujesz coś, co sprawia, że
stajesz się bogatszym.
XI NIEDZIELA ZWYKŁA
„Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię.”
Między innymi takie słowa popłynęły do nas z dzisiejszej Ewangelii. One wpisują się tak bardzo pięknie w tajemnicę, którą przeżywaliśmy w miniony czwartek, gdy w małym kawałku Chleba wielbiliśmy Boże Ciało. Okruszyna chleba, tak niepozorna i nic nie znacząca w oczach ludzkich, jest tajemnicą Boga, który powiedział: „To jest Ciało moje…” To, co w oczach ludzkich jest małe i czasem niegodne naszej uwagi, w oczach Bożych jest wielkie i godne najwyższej czci i szacunku. Matka Boża tak pięknie wyśpiewała tę prawdę w Magnificat, mówiąc o Bogu, który „Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił”. Cóż znaczy małe ziarenko gorczycy? Wydaje się, że nic, ale ponieważ Bóg daje wzrost, dlatego to niepozorne ziarenko wyrośnie na wielkie drzewo i będzie radością ptaków niebieskich.
Chrześcijanin powinien być człowiekiem nadziei, która swe źródło ma w Panu Bogu. Chrześcijanin to człowiek, który liczy na Pana Boga. Jesteśmy ziarnem wrzuconym w ziemię, ale nie jesteśmy dla ziemi. Owszem, tutaj żyjemy i pracujemy, tutaj mamy przejściowy dom i jeszcze jakieś inne dobra, ale całą naturą i wszystkimi pragnieniami naszego serca jesteśmy mieszkańcami Królestwa Chrystusowego.
Po co to wszystko mówię? Po to, abyśmy żyli bardziej wiarą, nadzieją i miłością. Często odczuwamy ciężar tego życia i niepewność o przyszłość, o nasze jutro. Owszem, czujemy się niejednokrotnie osaczeni przez wszechobecną potęgę tego świata, która ustala reguły gry. Wydaje się, że silni mają zawsze rację, a słabi nic nie mogą zrobić w swej obronie.
Pamiętajmy, że to, co małe i słabe w oczach tego świata, jest wielkie w oczach Pana Boga. Trzeba tylko całą nadzieję położyć w Bogu. Chrześcijanin musi być człowiekiem nadziei i patrzącym na ten świat oczami Pana Boga.
Człowiek to ziarno wrzucone w ziemie! Tak niepozorne, miniaturowych rozmiarów, rozwija się w łonie matki. Ludzie mogą zrobić z tym ziarenkiem co tylko im się spodoba. I robią! Zabijają z byle powodu, w imię jakiegoś swojego prawa, a siebie nazywają wielkimi. Ale przecież Bóg się upomni o swoje ziarenko, które w przedziwny sposób rzucił w łono kobiety – matki. Przecież On daje wzrost. Sprawia, że to ziarenko ludzkie rozwija się i w końcu wyrasta na genialnego człowieka, z którego cieszą się mieszkańcy nieba i ziemi.
W ostatnich latach coraz bardziej narasta walka wielkich tego świata z ziarenkiem rzuconym na ziemię. Ludzie przestali pytać Wielkiego Siewcę, czy mogą cokolwiek robić z jego ziarnem. Wydaje im się, że mają wszechpotężne prawo do dokonywania wszelkich doświadczeń na Bożej własności.
Wszyscy jesteśmy Bożym ziarnem. Zaczęło się to wszystko w momencie naszego chrztu, a jeszcze wcześniej na Golgocie, gdzie Syn Boży z wysokości krzyża rzucał ziarno na nowy zasiew, któremu na imię Kościół. Wielkość Kościoła nie leży w jego ziemskich dobrach, ale w mocy samego Pana Boga, który daje wzrost. I choć wielu nie chce mówić o tym przedziwnym ziarnie Kościoła, rzuconym na ziemie, to jednak tylko w Nim jest ostateczne zwycięstwo. Dlatego, mając w sercu nadzieję i silną wiarę, możemy wołać wraz z Psalmistą: „Dobrze jest śpiewać, Tobie, Panie Boże. Dobrze jest… śpiewać Twemu imieniu, Najwyższy: z rana głosić Twoją łaskawość, a wierność Twoją nocami.” Amen.
XIII NIEDZIELA ZWYKŁA
Śmierć jest faktem nieuchronnym i często zaskakującym w życiu człowieka. Umierają starzy ale i młodzi, a nawet dzieci, które po ludzku miały jeszcze długą linię życia. Umierają biedni i bogaci. W ostatnich dniach świat dowiedział się o śmierci Michaela Jacksona, króla muzyki popowej. Padają pytania o przyczynę, a wielu fanatyków i wielbicieli jego muzyki przeżywa szok i załamanie. Dlaczego umarł w 51 roku życia? Czy mający tak olbrzymie możliwości finansowe nie mógł się bronić przed śmiercią. Będą trwały dyskusje i dywagacje na ten temat. Zostanie zrobiona sekcja zwłok, by ostatecznie określić przyczynę bezpośrednia zgonu w stosunkowo młodym wieku.
Śmierć jest czymś złym, niechcianym i niekochanym. Bóg nie wymyślił ani nie zaplanował śmierci o czym przypomina na pierwsze czytanie. Śmierć jest przypadłością rzeczy materialnych i konsekwencją grzechu pierworodnego. Pan Jezus obecny na ziemi ubolewał nad faktem śmierci i dał wiele dowodów na to, że ma władzę nad nią i w ostateczności, dzięki Jego śmierci, zostanie ona pokonana, by już nigdy nie gnębiła człowieka. Pan Jezus jest bliski ludziom cierpiącym z powodu śmierci. Płakał wraz z Marią i Martą po śmierci Łazarza, zatrzymał orszak żałobny i pocieszał matkę zmarłego młodzieńca z Nain, a następnie dokonał cudu wskrzeszenia.
Dla Jezusa, śmierć jest tylko snem, a On, Pan życia i śmierci, jeśli tylko zechce, może obudzić człowieka i pozwolić dalej żyć. Tak było w przeczytanej dziś scenie ewangelicznej, ukazującej śmierć 12-letniej córeczki przełożonego synagogi. Wszedł do domu gdzie znajdowała się dziewczynka, ujął ją za rękę i powiedział: ”Dziewczynko, wstań!” Wstała, jakby po smacznym śnie, a Jezus oddał ją rodzicom.
Jezus Chrystus jest dla nas nadzieją życia. Dzięki Niemu, możemy mieć pewność, że śmierć nie jest ostatecznością, lecz tylko faktem kończącym ziemskie pielgrzymowanie. Celem naszego życia jest zbawienie, a nasz Pan, Jezus Chrystus, wspiera nas w osiągnięciu tego celu. Dziękując Panu Bogu za dar życia i pomoc w ostatecznym pokonaniu śmierci, chcemy wołać wraz z psalmistą: „Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś”.
Naszym celem jest współpraca z Panem Bogiem na rzecz życia, by ostatecznie posiąść wieczne życie. Niestety, w naszych czasach mamy wiele przykładów świadczących o tym, że człowiek współczesny nie współpracuje z Panem Bogiem na rzecz życia, a często dzieła na rzecz śmierci. Wielokrotnie mówiliśmy o problemie zabijania nienarodzonych dzieci, czy o eutanazji. Współcześni ludzie szczycą się osiągnięciami w dziedzinie genetyki i doświadczeń na żywym organizmie. Mimo, że celem tych badań i dokonywanych prób jest chęć wydłużenia życia, to jednak prowadzi to nieuchronnie do śmierci. Olbrzymie pieniądze wydawane na te badania mogłyby posłużyć życiu, tymczasem są one wykorzystywane na śmierć wielu istnień ludzkich. Potężna machina produkcji i handlu narkotyków zabija miliony ludzi, szczególnie młodych, często obdarzonych wielkimi talentami, a świat bezradnie przygląda się tym zjawiskom, nie mogąc nic zrobić w obronie człowieka. Raz po raz ktoś przedawkuje narkotyku i umiera, wówczas powstaje wielki szum medialny, dyskusje i komentarze specjalistów w tej dziedzinie, ale chwile później wszystko ucicha, jakby nic się stało.
Głos Kościoła, który usiłuje zająć stanowisko w tej sprawie, jest zagłuszany i lekceważony, jako nienowoczesny i niemodny. Tymczasem Kościół przypomina jedynie piąte przykazanie, które brzmi: „Nie zabijaj!” Po co siebie zabijać, prowokować śmierć. Po co przyczyniać się do śmierci swojego brata? Czy nie lepiej cieszyć się życiem, bronić życia i być gotowym na naturalny bieg, który swój finał ziemski będzie miał w śmierci, ale zarazem otworzy drogę do życia? Sławię Cię, Panie, za to że dajesz mi szansę życie. Pozwól pięknie żyć. Pozwól pięknie przeżyć wakacje, by uszlachetnić swoje ziemskie pielgrzymowanie.
XIV NIEDZIELA
ZWYKŁA
„Do Ciebie, Boże, wznoszę moje oczy.”
Wakacje to czas szczególnego korzystania z wolności. Dzieci i młodzież nie muszą wstawać na określoną godzinę, by spełniać obowiązki szkolne. Rodzice także mają nieco wolności, bo nie muszą kontrolować swoich pociech, dając im dość dużą swobodę. Wielu pracowników korzysta z należnego im urlopu.
Ta sytuacje niesie jednak także pewne zagrożenie. Wkrada się bowiem jakiś zakres samowoli. Wielu młodych ludzi robi to na co ma ochotę, nie licząc się zupełnie z pewnym zakresem zobowiązań, z których nigdy i nikt nie może nas zwolnić. Często może to grozić również zerwaniem więzi z Panem Bogiem, a nawet odejściem od Niego. Samowola jest konsekwencją odejściem od Pana Boga. Gdy człowiek przestanie liczyć się z Panem Bogiem, nie liczy się także z ludźmi.
Chrześcijanin nie może przyjąć takiej postawy. Wakacje nie zwalniają od obowiązków wynikających z wyznawanej wiary. Z niepokojem obserwuję, że z chwilą rozpoczęcia wakacji, wielu naszych ministrantów zapomniało o obowiązkach związanych ze służba pełnioną przy ołtarzu Pana.
Dziś zgromadziliśmy się wokół Chrystusowego ołtarza po to, aby sobie uświadomić nasze zobowiązania chrześcijańskie. Przyszliśmy, aby wraz z całym Kościołem, szczególnie tym naszym, parafialnym, wznieść swe oczy ku Panu Bogu i wyśpiewać Mu dziękczynienie i oddać cześć za ogrom łask otrzymywany od Niego.
Takie spotkanie przy ołtarzu Ofiary Eucharystycznej jest konieczne. Dla wielu z nas, niedziela jest jedyną okazją, by sobie uświadomić obecność Pana Boga i naszą zależność od Jego łaski.
Udział w niedzielnej Eucharystii jest obowiązkiem wynikającym zarówno z prawa dziesięciu przykazań, jak również z prawa kościelnego. Często zbyt łatwo usprawiedliwiamy się z nieobecności na niedzielnej Eucharystii. Powodów nieobecności na Mszy świętej bywa bardzo wiele: zmęczenie, praca na trzy zmiany, choroba, opieka nad chorym, wyjazd służbowy, praca poza granicami kraju, wakacyjne urlopy itd. Tylko niektóre z tych powodów usprawiedliwiają nas, inne są tylko pretekstem do zwolnienia się z tego zobowiązania. Wydaje się jednak, że główna przyczyna nieobecności na Mszy świętej jest tylko jedna – problem z wiarą. W życiu codziennym bywa podobnie. Dlaczego nie odwiedzasz swojej starej i schorowanej matki? Zobacz, ile jej zawdzięczasz! A ty się usprawiedliwiasz różnymi błahymi powodami: zmęczeniem, pracą, częstymi wyjazdami itd. Zupełnie podobnie jak z Mszą świętą niedzielna. Tymczasem główny powód jest i w tym przypadku jeden: ty nie kochasz swojej matki. Przecież wiesz, że ona na ciebie czeka, chce usłyszeć choćby jedno ciepłe słowo z twoich ust.
Bóg na ciebie czeka, tak jak matka na swoje dziecko. On chce cię usłyszeć i chce cię obdarować. Wakacje nie mogą być przeszkodą w spotkaniu z Chrystusem na niedzielnej Eucharystii. Trzeba przyznać, że Opatrzność Boża bardzo nam sprzyja. My Polacy, mimo bardzo dramatycznych wydarzeń historycznych, nigdy nie zaznaliśmy głodu Pana Boga. Nie zdarzyło się, byśmy musieli po kryjomu, przy zasłoniętych okiennicach, odprawiać Mszy świętej. Dzięki Bożej łasce, nie zamieniono naszych świątyń na spichlerze. Co prawda, wielu kapłanów polskich ucierpiało w okresie najbardziej zajadłej walki z Kościołem, na czele z ks. Prymasem Wyszyńskim, ale nigdy nie udało się pokonać wiary, która była w sercach ludzi. Musiał przyjść liberalizm, by wiernych odciągnąć od Chrystusa i Kościoła. Zachowujemy się podobnie jak mieszkańcy rodzinnego miasteczka Jezusa, Nazaretu. Niedowierzamy Jezusowi, poddając w wątpliwość Jego naukę, głoszoną ustami Kościoła. Często Kościół, a także sam Jezus, jest oceniany przez pryzmat jakiegoś słabego kapłana. Pojawiają się najróżniejsze grupy udających wierzących, którzy docierają do wielu chrześcijan, usiłując ośmieszyć Kościół i pokazać swoją drogę do Pana Boga. W okresie wakacji zagrożenie ze strony sekt jest szczególnie niepokojące. Okazuje się, że liberalni rządzący dają ciche przyzwolenie na działania tych grup.
Mając świadomość tych wszystkich zagrożeń, chcę Cię prosić: Pozwól, Panie, wytrwać przy Tobie! Pozwól wyśpiewać Tobie, wraz z całym Kościołem: „Do Ciebie, Boże, wznoszę moje oczy.”
XV NIEDZIELA ZWYKŁA
„Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego
Jezusa Chrystusa…”
Tymi słowami św. Paweł Apostoł wychwala Boga za
powołanie i obdarowanie.
Chcemy dzisiaj wpisać się w to pawłowe uwielbienie Pana
Boga za powołanie i wybór, którego każdy z nas jest
uczestnikiem. Bóg powołał nas do godności synów Bożych i
pragnie, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego
obliczem. Św. Paweł w liście do Efezjan wypowiada
wielkie uwielbienie wobec dobroci Ojca, który zjednoczył
nas we wspólnocie Chrystusowego Kościoła i obdarował
licznymi darami.
Każde narodzenie człowieka jest zarazem powołaniem,
które realizuje się na tysiące sposobów, a wszystkie
razem mają jeden cel i ukoronowanie w Królestwie
Niebieskim.
Jako chrześcijanie mamy obowiązek nieustannie sobie
uświadamiać nasze powołanie i wybór. Mimo, że nie jesteś
kapłanem ani zakonnicą, to jednak jesteś powołany. Stało
się to szczególnie wtedy, gdy przez sakrament chrztu
świętego zostałeś włączony do Mistycznego Ciała, którego
Głową jest Jezus Chrystus. Od tamtej pory masz zadanie,
by stawać się świętym i nieskalanym przed obliczem Pana
Boga, aż wszyscy razem będziemy uczestnikami uczty
niebieskiej.
Świadomość bycia powołanym, to nic innego jak dojrzałość
chrześcijańska. Innymi słowy mówiąc: dojrzały
chrześcijanin to ten, który zdaje sobie sprawę ze swego
powołania do świętości, a co za tym idzie – do
zbawienia.
Jak mam to robić we współczesnym świecie, który jest tak
wrogo nastawiony wobec duchowości i świętości? Warto się
wczytać w dzisiejsze Słowo Boże. Niesie ono wiele
nadziei, a zarazem pokazuje, że nigdy nie było łatwo
realizować Boże powołanie. Prorok Amos w pierwszym
dzisiejszym czytaniu mówi z pokorą o swoim powołaniu i
niechęci z jaką się spotkał w Betel, którego mieszkańcy
nie chcieli go słuchać. Pan Jezus posyłając z misją
apostolską swoich uczniów, zapowiadał, że nie będzie im
łatwo. Może się zdarzyć, że ludzie nie będą chcieli
słuchać głoszonej nauki, spotkają się z wrogością i
niechęcią.
Dziś wcale nie jest łatwo być apostołem w swoim
środowisku, czy nawet w gronie najbliższej rodziny. Nie
jest łatwo mówić o wartościach i nimi żyć. Znacznie
łatwiej jest wpisać się w modną dziś postawę nihilizmu
moralnego, który jest szczególnie chętnie propagowany we
współczesnych mediach. Twórcy licznych programów
rozrywkowych, szczególnie prywatnych stacji
telewizyjnych, zachęcają do filozofii, w myśl której nie
ma fundamentalnych zasad moralnych, jakimi winni się
kierować ludzie. Jest raczej moralność sytuacyjna, która
w danej chwili jest wygodna i godna szacunku, ale w
innych okolicznościach będzie nieakceptowana i
odrzucana. Autorzy takiego myślenia starają się mówić:
„Czasami bywajcie dobrzy; brońcie dzieci, gdy ktoś
wyrządza im jakąś krzywdę; bywajcie filantropijni, ale
tylko czasami… W innych okolicznościach wolno wam być
okrutnymi w imię własnego dobra i wygody”. W imię
takiego myślenia wolno zabijać maleńką istotę i
najbardziej bezbronną, bo będącą w łonie matki; wolno
też uśmiercić starca lub człowieka schorowanego, a
wszystko dlatego, by wygodniej żyć w egoistycznym
świecie. W ów nihilizm moralny wpisuje się chory kult
jednostki. Niemalże boską czcią są otaczani ludzie,
którzy nie wyróżniają się zdrowymi zasadami moralnymi, a
jedynie modnym relatywizmemem moralnym i obojętnością
religijną. Dziwne, że tacy ludzi dziś są gloryfikowani i
często stawiani jako wzór. Ogromną rolę na tym polu
odgrywają środki społecznego przekazu, które są
nośnikami promocji takich jednostek.
Jak apostołować w takim świecie? Pan Jezus powiedział do
swoich uczniów: „Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i
nie będą słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z
nóg waszych na świadectwo dla nich.” Trzeba dawać
świadectwo wiary wobec tych, którzy są otwarci na takie
świadectwo.
Dziś, jak może nigdy przedtem, potrzebni są autentyczni
świadkowie. Oni mają szanse swoją postawa i świadectwem
zmieniać oblicze tej ziemi. Owszem, będą ośmieszani i
deptani, ale ostatecznie zwyciężą. Trzeba dziękować Panu
Bogu za to, że nie brakuje dziś takich świadków. Bardzo
często są to młodzi ludzie, którzy dopiero kształtują
swoją osobowość korzystając z dorobku ruchów i wspólnot
formacyjnych. W miniony wtorek odbył się w Skarżysku
Kamiennej Dzień Wspólnoty uczestników pierwszego turnusu
oazy rekolekcyjnej Ruchu Światło-Życie. Uczestniczka
tego spotkania pisze jak wiele dała im oaza. W czasie
Godziny Świadectwa uczestnicy potwierdzili, że „na
działanie Boga w naszym życiu nie można pozostawać
obojętnym”. Ci młodzi ludzie mają poczucie
odpowiedzialności za Kościół i za przekazywanie Radosnej
Nowiny, a ich formacja skupiała się wokół pięknego
hasła: „Czyńcie uczniów ze wszystkich narodów”. Są także
małżonkowie, którzy pragną dawać świadectwo swoim życiem
opartym o Ewangelię. Oni też dokonują formacji swojego
małżeństwa w różnych wspólnotach, między innymi w
Domowym Kościele.
Oby każdy z nas miał w swoim sercu świadomość powołania
do świadczenia o Chrystusie. Od naszej postawy zależy
spełnienie nakazu Chrystusa: „Idźcie i nauczajcie
wszystkie narody”.
XXII NIEDZIELA ZWYKŁA
Jedną z
najwspanialszych wartości, które człowiek otrzymał od
Pana Boga jest sumienie. Otrzymaliśmy je po to, by umieć
odróżnić dobro od zła, a następnie iść za wybranym
dobrem. Jest to swego rodzaju stróż naszego powołania do
zbawienia.
Mimo, że sumienie
jest wartością daną każdemu człowiekowi, to jednak samo
działanie sumienia jest różne i zależy od wielu
czynników. Najważniejszym z nich jest formacja sumienia.
Sumienie nieukształtowane, albo ukształtowane źle,
będzie prowadziło w niewłaściwym kierunku. Źle
ukształtowane sumienie jest siedliskiem złych myśli,
nierządu, kradzieży, zabójstwa, chciwości, zazdrości i
wielu innych grzechów. Dlatego Pan Jezus powiedział, że
„Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby
uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to
czyni człowieka nieczystym.”
W sercu człowieka
o źle ukształtowanym sumieniu rodzi się pomysł na zło.
To człowiek planuje zabójstwo, kradzieże, zdrady itd.
Czy ludzie planujący takie czyny nie posiadają sumienia?
Nie, posiadają! Jednak ich sumienie zostało
ukształtowane źle. Ktoś, kto miał obowiązek pracy nad
sumieniem tych ludzi zaniedbał ten obowiązek. Jakżesz
często się zdarza, że tzw. ulica wychowuje młodego
człowieka. Okazało się, że sumienie tych ludzi działa
fałszywie: zło nazywa dobrem, a dobro nazywa złem.
Sumienie właściwie ukształtowane potrafi w sposób
właściwy i pewny ocenić wartość czynu: dobro nazywa
dobrem, a zło nazywa złem. Tylko w oparciu o sumienie
pewne i prawdziwe wolno podejmować decyzje.
Stąd tak bardzo
ważna jest praca nad sumieniem człowieka. Mówię o tym w
przededniu nowego roku szkolnego, który będzie miał swój
początek już w najbliższy wtorek. Te słowa chciałbym
adresować do wszystkich, którym leży na sercu praca na
człowiekiem. Szczególnymi adresatami tej refleksji winni
być rodzice, a także nauczyciele i wychowawcy. Rok
szkolny powinien być rokiem pracy nad człowiekiem –
chodzi o szerokie rozumienie pojęcia wychowanie. Nie
można się skupić jedynie nad umysłem, pomijając jego
sumienie i wewnętrzne życie.
Zdarza się dość
często, że jakiś człowiek, nie będący specjalnie
zdolnym, dokonał wielkich dzieł dzięki pięknie
ukształtowanemu sumieniu. Ostatnio czytam książkę o
niezwykłym człowieku – patronie proboszczów, św. Janie
Marii Vianneyu. Intelektualnie był bardzo słaby.
Dwukrotnie wydalano go z seminarium duchownego, bo nie
był w stanie zaliczyć egzaminów. Jednak jego proboszcz
widział w nim wspaniałego człowieka i zajął się nim.
Poprosił zarząd seminarium, żeby dali mu jeszcze szansę,
bo on widzi w nim wielką przyszłość. I co się okazało?
To właśnie on, a nie jakiś uczony, zrewolucjonizował
świat.
Dobrze
ukształtowane sumienie będzie zawsze uprzedzało nasze
czyny oceną tego, co mamy robić. To jest działanie tzw.
sumienia przeduczynkowego: „Nie wolno ci tego czynić, bo
to jest złe…” Źle ukształtowane sumienie daje o sobie
znać dopiero po dokonaniu czynu. Czasem dzieje się to w
sposób drastyczny. Ludzie z wyrzutami sumienia nie
potrafią żyć. Klasyczny przykład takiej sytuacji to
Judasz Iskariota, który pod wpływem wyrzutów sumienia
powiesił się. Podobną sytuację opisał H. Sienkiewicz w
książce „Krzyżacy”. Rycerze Jurada ze Spychowa schwytali
jego kata komtura ze Szczytna, Zygfryda, i
przyprowadzili go do Jurada, a ten uwalnia go. Wtedy
odezwały się wyrzuty sumienia, które nie dały mu
spokoju. Poszedł i powiesił się.
W pracy nad
dziećmi i młodzieżą trzeba zwracać uwagę na pracę nad
sumieniem. Rodzicom nie może być obojętne to, że ich
dzieci postępują wbrew sumieniu. Trzeba uczyć się
słuchania głosu swojego sumienia robiąc codziennie
rachunek sumienia. Pomocą w rachunku sumienia są
przykazania Boże i kościelne, które stanowią normę,
dzięki której dokonujemy codziennych wyborów.
XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA
Effata, Otwórz się!
Mocą Chrystusowego Słowa głuchoniemy odzyskał mowę i słuch. Usłyszał dźwięki życia i otaczającego świata. Zastanawiam się, ilu takich głuchoniemych dziś żyjących chciałoby dostać taki dar, jak tamten ewangeliczny człowiek. Oni daliby wszystko, by móc słyszeć i bez pomocy języka migowego porozumiewać się z ludźmi.
Głuchoniemi pewnie gotowi byliby wszystko oddać za dar mowy i słuchu. A my to wszystko mamy, przekonani, że to takie normalne i nie wydaje się nam możliwa inna sytuacja. Nigdy nie dziękujemy za ten dar, i co gorsze, często bardzo źle go używamy.
Czy tak musi być, że na każdym kroku, szczególnie z ust młodych ludzi, słyszy się lawinę brzydkich słów i przekleństw? Kategoria ludzi posługujących się brzydotą w słownictwie jest bardzo szeroka. Zaskakują nas politycy rzucający potworne słownictwo, muzycy, aktorzy, ludzie wydawałoby się inteligentni i prości. A od nich uczą się najmłodsi. Ledwie zaczął mówić, a już pojawiają się przerywniki brzydkich słów. Większość współcześnie produkowanych filmów, które są nawet nagradzane Oskarami, zawiera dialogi pełne przekleństw. Ludzie powiedzą, że takie jest przecież codzienne życie, a film odtwarza codzienność ludzką. I tak przechodzimy do porządku dziennego.
O mowo ludzka! O wielki darze Boży! Czemu nie jesteś piękna? Czemu zły użytek robisz ze swego bogactwa. A Stwórca przecież miał plan dając dar mowy!
Effata! Otwórz się na Boga! On chce cię uzdrowić z twojej głuchoty. Czy znów nie usłyszysz Jego głosu? Czy znów wyjdziesz ze świątyni nic nie pamiętając z tego, co Bóg chciał do ciebie powiedzieć?
Otwórz się na Jego Słowo! On ma dla ciebie wspaniały plan życia. On chce, abyś był Jego świadkiem.
Rozmawiałem przez telefon z tegoroczną maturzystką, która była w ubiegłym roku na oazie rodzin do opieki nad dziećmi. Postanowiła wstąpić do zgromadzenia zakonnego. Obawiałem się, czy jej zamiary są szczere, bo jest to osoby mająca bardzo żywy temperament. Martwiłem się, czy ona będzie umiała się wyciszyć. I co usłyszałem? „Proszę księdza, jest mi tutaj bardzo dobrze, choć w otoczeniu są same starsze siostry. Mam tutaj okazję, by wsłuchiwać się w głos Pana Boga i czuję, że jestem w dobrym miejscu.” Problemem współczesnego człowieka jest to, że on nie chce słuchać Pana Boga. Ciągle słucha muzyki na pełną moc głośników: czy to ucząc się, czy jadąc samochodem – zawsze to samo!
W takiej atmosferze głos Pana Boga nie może się przedrzeć do serca. „Effata” – wreszcie otwórz się!
Pan Bóg ma prawo oczekiwać od ciebie wdzięczności. Pochwal Go za dar mowy! Użyj wreszcie tego daru w taki sposób, jaki zaplanował Pan Bóg
XXIV NIEDZIELA ZWYKŁA
Piotr
niewątpliwie wierzył w Bóstwo Chrystusa, gdy mówił: „Ty
jesteś Mesjasz!” Mimo to, czekała go jeszcze długa
droga do autentyczności wiary. Piotr wierzył, ale nie
przyjmował konsekwencji wynikających z pójścia za
Chrystusem. Musiała się dokonać Ofiara krzyża, a później
tajemnica pustego Grobu i Pięćdziesiątnica, by Piotr
zaczął dojrzale wierzył.
Postawa
Piotra mówiącego: „Ty jesteś Mesjasz” jest nam
szczególnie bliska – taka ludzka i taka nasza. Bywamy
bowiem podobni do Piotra, który wierzy, a jednocześnie
ucieka od wymagań stawianych przez Chrystusa.
Problemem wierzących XXI wieku nie są prześladowania na
miarę pierwszych wieków chrześcijaństwa, czy też innych
okresów historii świata, gdy groźba śmierci wobec nich
była bardzo realna. Dzisiejsi chrześcijanie mają problem
zgodności wyznawanej wiary i życie według niej.
Nieustannie spotykamy się z przykładami potwierdzającymi
ten problem. Chociażby ostatnie wydarzenia z polskiego
sejmu, gdzie poddano pod głosowanie projekt ustawy
obywatelskiej zabraniający stosowanie metody In vitro,
potwierdziły, że wielu posłów uznających się za
wierzących, z łatwością godzi swoje przekonania z
podnoszeniem ręki przeciw tej ustawie. Z jednej strony
chcieliby uchodzić za wyznawców Chrystusa, którzy na
Jego pytanie: Za kogo mnie uważasz, odpowiadają: Ty
jesteś Bogiem moim, z drugiej zaś strony, odrzucają
boskie prawo chroniące prawo każdej istoty ludzkiej do
życia. Nie dziwię się, że ludzie z gruntu niewierzący i
wychowani w atmosferze ateizmu, odrzucają nauczanie
Kościoła w tym zakresie, ale jeśli taka samą postawę
zajmują wierzący, to już musi bardzo dziwić.
Skąd
się bierze taka podwójna moralność? Pewnie źródłem jest
wychowanie w rodzinie. Tam są korzenie wszelkich
fundamentów człowieka. Zdrowe wychowanie rodzinne
stanowi gwarancję życiowych decyzji i postaw wobec
kluczowych zagadnień etyki katolickiej. Zaczyna się od
bardzo zwykłych, czasem nawet drobnych „potknięć”.
Często bywamy świadkami lekceważenia wstrzemięźliwości
piątkowej w rodzinie, uciekania się do małych kłamstw,
stawiania na materializm, a lekceważenia pracy nad
duchowością itd. Dzieci wychowywane w atmosferze
dwulicowości i zakłamania, nie mają wypracowanych
silnych wzorców, które dawałyby gwarancje stabilności
postaw wobec kluczowych zagadnień etycznych.
Czeka
nas daleka jeszcze droga, by jak Piotr, nauczyć się
wiary dojrzałej. Trzeba nieustannie troszczyć się o
życia w prawdzie i odpowiedzialności.
XXV NIEDZIELA ZWYKŁA
Spór o pierwszeństwo nie jest dla nas czymś nowym lub
zaskakującym. Od zarania dziejów ludzie zmagali się o
bycie pierwszym. I chyba nikt z ludzie nie jest wolny od
takiej rywalizacji. Okazuje się, że nawet Apostołowie,
którzy przecież wsłuchiwali się w naukę Chrystusa o
pokorze i zajmowaniu ostatniego miejsca, też chcieli być
pierwsi. Lubimy też patrzeć i kibicować tym, którzy się
zmagają o palmę pierwszeństwa. Dotyczy to nie tylko
areny sportowej, jest obecne w bardzo różnych obszarach
ludzkiej egzystencji. Co roku wydawana jest księga
rekordów, która zawiera informacje o tych, którzy
okazali się najlepsi. Trzeba powiedzieć otwarcie, że
żyjemy w czasach ustawicznej walki o pierwszeństwo.
Czasem nas denerwują te bezsensowne zmagania, dokonywane
kosztem innych ludzi, którzy nigdy nie będą mieli szans
wziąć udziału w tej rywalizacji i wyścigu o najwyższe
stopnie. Czasem ludzie potrafią zrobić wszystko, by
zdobyć palmę pierwszeństwa. Szczególnie widać to w
polityce. Kampanie wyborcze są żywym przykładem epoki
rywalizacji. Każdy argument jest możliwy, by się jak
najlepiej pokazać, by przekonać o swojej wyższości.
Obecnie rządząca partia użyła wszelkich środków, by
przekonać naród o nadzwyczajnych umiejętnościach
rządzenia i stwarzania nadziei na czasy dobrobytu. Nikt
z nas nie jest wolny od tego grzechu pychy i chęci
panowania. W każdej obmowie i krytykanctwie jest obecna
pycha. I cóż Pan Jezus na taką postawę? Chcąc być
wielkim i panować nad innymi, trzeba najpierw nauczyć
się służyć innym. Trzeba poczuć się czasem ostatnim, by
rozumieć tego ostatniego i najmniejszego. Pan Jezus
stawia przed nami dziecko - takie ostatnie, niewinne i
nie mające nic do powiedzenia - mówi, że właśnie ono ma
być dla nas wzorem pokory i służby. Jak to wygląda w
naszej, polskiej rzeczywistości? Czy potrafimy sobie
służyć, czy też rywalizować o większą władzę, o to, by
mieć więcej do powiedzenia? Czasem słyszy się rozmowę o
tym kto w domu rządzi: mąż, czy żona? A może dzieci? Kto
wydaje rozkazy? Rodzice? A może dzieci? Gdzieś zagubiło
się pojęcie wzajemnej służby. Pokorna służba jest
częścią pewnej rywalizacji. Jest to zarazem jedyna
rywalizacja godna chrześcijanina - o palmę zbawienia.
Św. Paweł nazywa tę rywalizację biegiem, by ostatecznie
zdobyć wieniec zwycięstwa. Takiej rywalizacji warto
byłoby się uczyć - kto potrafi być bardziej pokorny i
bardziej służyć. Tego rodzaju rywalizacji nam bardzo
potrzeba, by zagłuszyć tę chorą i pełną agresji walkę o
pierwszeństwo. Oby się udało zdystansować tych, dla
których rywalizacja kojarzy się jedynie z przemocą,
chęcią imponowania grupie koleżeńskiej i wchodzeniem na
drogę przestępstwa. I jeszcze jeden obrazek służby -
taki bardzo dożynkowy. Z pewnością ziemi jest dana
człowiekowi, by swymi owocami służyła mu. Bóg nam ją dał
i polecił, abyśmy się o nią troszczyli, a wtedy ona
zapewni nam środki do życia. Widać tu wyraźne znamiona
współpracy człowieka i Pana Boga. Bóg daje owoce ziemi,
a człowiek swoja pracą wpisuje się w te Boże dary. Przez
długi okres systemu komunistycznego wmawiano nam, że
jesteśmy producentami i zarazem jedynymi władcami ziemi.
Księgi Pisma świętego mówi, że bez Pańskiej pomocy,
choćby nie wiem jak, człowiek się natrudził, to i tak
nie będzie zbyt wielu owoców. Dzisiejsze czasy są pod
tym względem bardzo podobne. Pana Boga odsuwa się od
wszystkiego, a jednocześnie w pogardzie jest człowiek
pracy. Człowiek współczesny, pełen pychy, chce
powiedzieć Panu Bogu: „ja sobie bez Ciebie poradzę, bo
ja mam pieniądze”. Na „owoce” takiej postawy nie trzeba
zbyt długo czekać. Znamy już je dobrze: miliony
głodujących, nieustannie trwające wojny i pogarda wobec
człowieka - oto skutki „radzenia sobie bez Pana Boga”.
XXVII NIEDZIELA ZWYKŁA
Pan Jezus bardzo surowo ocenił tych, którzy gorszą, dają
zły przykład. Kara za wyrządzone zło przez gorszycieli
jest bardzo surowa – „byłoby lepiej uwiązać kamień
młyński u szyi i wrzucić go w morze”. Zły przykład to
jakby zadawanie śmierci. Gorszący innych są z pewnością
sojusznikami szatana, który jest zainteresowany
rozsiewaniem zła pośród ludzi, szczególnie młodych,
dopiero uczących się życia. Jakie to smutne, gdy zło
płynie „z góry”, to znaczy od tych, którzy są
zobowiązani do rozsiewania dobra. Młody człowiek
wszystkiego uczy się od początku. Ktoś zapala światełko
w tunelu i prowadzi niedoświadczonego człowieka w pewnym
kierunku. Jakie to smutne, gdy okaże się, że kierunek
był od początku niewłaściwy, prowadzący na drogę zła.
Dramatem jest zły przykład idący od rodziców i
wychowawców. Przecież oni się zobowiązali do dawania
dobrego świadectwa wobec swoich podopiecznych. Tymczasem
często dzieje się inaczej. Zobowiązani do uczenia dobra,
rozsiewają wokół siebie zło. To powód do bardzo
radykalnego rachunku sumienia czynionego nieustannie
przez rodziców i tych, którzy zajmują się wychowaniem.
Jaki przykład daję jako ojciec, matka, nauczyciel,
ksiądz, swoim wychowankom? Czy młodzi ludzie patrząc na
moje postępowanie, uczą się dobra, szacunku do drugiego
człowieka, kultury bycia? A może jestem nauczycielem
zła? Oglądałem kiedyś bardzo wzruszający film
opowiadający historię dziewczyny, której obydwoje
rodzice byli alkoholikami i narkomanami. Otrzymała więc
w domu najgorszy z możliwych przykładów. Mimo takiego
początku, udało się jej wyjść z tego bagna, by w końcu
znaleźć się na przodującej uczelni amerykańskiej. Jest
taki moment, kiedy potrzebny był podpis jej ojca, który
w tym momencie mieszkał w schronisku dla bezdomnych
alkoholików. Po wielu prośbach wymusiła to na nim, a
kiedy się żegnali, on, wzruszony zupełnie nowa sytuacją
córki, mówi do niej: „Ja wszystko zepsułem w swoim życiu
i niczego cię nie nauczyłem, może tobie się uda – życzę
powodzenia”. Zastanawiam się, ilu rodziców ma odwagę
przyznać się do błędów, uderzyć się w piersi? Można by
na ten temat mówić bardzo długo i zapewne będzie czas,
by do niego powrócić. Jest jeszcze inny problem, wiążący
się z tematem dziś podejmowanym. Takie mamy czasy, że
wychowanie dokonuje się na kilku płaszczyznach.
Kilkadziesiąt lat temu bezpośredni wpływ na wychowanka
mieli rodzice, nauczyciele w szkole i jakieś grono
rówieśników. Obecnie ten zakres bardzo poszerzył się.
Dziś nie trzeba wychodzić z domu, by otrzymywać
nieustannie zły przykład. Agresja płynące z mediów jest
dziś tak mocna, że staje się nośnikiem niewyobrażalnego
zła. Nie ma możliwości zablokować do końca dostępu do
tego zła. Anonimowi gorszyciele obecni nieustannie w
eterze, poprzez Internet, telewizję i inne środki
medialne, rozsiewają truciznę, niszcząc młodziutką
tkankę człowieka. Stanowią oni niemałą armię walczącą u
boku szatana, i póki co, bezkarnie zabijając ducha i
psychikę. Każdego dnia słyszymy, że jakiś pedofil, czy
twórca pornografii, został aresztowany, ale cóż z tego,
gdy na jego miejsce wchodzi ktoś następny, zapewne
posłany przez szatana, by niszczyć i zabijać wiarę i
zdrowie psychiczne tych małych. Stawiamy sobie pytanie:
Co robić wobec takich zagrożeń? Przede wszystkim szukać
dobra. Przyjacielem i sprzymierzeńcem w owym szukaniu
dobra jest z pewnością Jezus Chrystus. On nieustannie
uczy dobra, bo jest samym Dobrem. Prowadzić człowieka do
Jezusa, to najlepsze, co możemy zrobić dla swojego
dziecka. Dobrzy rodzice nie mogą być obojętni na
możliwości, jaki staramy się stwarzać tutaj, przy Domu
Pana, a więc przy Chrystusie. Tutaj uczymy się budować
swoje życie na fundamencie jakim jest Jezus Chrystus.
Wszyscy mogą budować na Chrystusie, poczynając od
rodziców, a kończąc na dzieciach.
XXX NIEDZIELA ZWYKŁA
Bartymeusz, syn Tymeusza, stanął przed Jezusem i zwrócił się z prośbą: „Jezusie, Syna Dawida, ulituj się nade mną!” Bartymeusz nie prosi o coś konkretnego, ale o litość. On wie, że jeśli Bóg ma przywrócić mu wzrok, to uczyni to dlatego, bo jest miłosierny.
W prośbie Bartymeusza zawiera się postawa pokory, w której nie wyznacza Panu Bogu zakresu działania, ale wszystko składa w Jego ręce. On tylko prosi o litość, a jak będzie owa litość realizowana – o tym zdecyduje Bóg.
Trzeba mieć zaufanie do Pana Boga. On z pewnością chce dla nas najlepiej. On nas obdarowuje takimi darami, jakie są nam niezbędne, by myśl o zbawieniu stawała się możliwa do zrealizowania.
Ewangeliczny przekaz ma zawsze jakieś odniesienie do rzeczywistości, w której żyjemy i do postaw, jakie dominują w naszym współczesnym świecie.
Z pewnością, ludzie naszego wieku chcieliby urządzać sobie świat po swojemu, pomijają całkowicie Boży plan i Jego zamiary względem nas. Z treści naszych próśb kierowanych do Pana Boga wynika, że daleko nam do postawy Bartymeusza. Chcielibyśmy konkretów od Boga, takich na miarę naszych oczekiwań, natomiast w innych dziedzinach życia wolelibyśmy być sami decydentami i realizatorami planów. Przykładów potwierdzających taką postawę nie trzeba daleko szukać. Niemalże codziennie napływają do nas informację o „nowych rozwiązaniach” dotyczących podejścia do małżeństwa i rodziny, które wprost lub pośrednio kłócą się z nauką Chrystusa na ten temat. Ostatnio pojawił się pomysł prawa dotyczącego adopcji, w myśl którego, osoby żyjące w konkubinacie mieliby możliwość ubiegania się o dziecko na wychowanie. Ostatnio przeprowadzone badania dotyczące problemu rozwodów wykazały drastyczny wzrost w tej dziedzinie. Prym wiedzie Hiszpania, gdzie na 4 małżeństwa, 3 się rozwodzą. Łatwiej jest rozwieść się niż zawrzeć związek małżeński. W Polsce na 256 tysięcy zawartych małżeństw, jest aż 66 tysięcy rozwiedzionych. Jako ludzie wierzący powinniśmy ubolewać z tego powodu. O, Bartymeusz! Jak bardzo nam brakuje twojej pokory i wiary! Pycha współczesnego człowieka nie ma granic. Ludzie deklarujący się na co dzień jako niewierzący, w sytuacji jakiegoś dramatycznego wydarzenia, potrafią Pana Boga winić za zło. Niemalże po każdej tragedii pojawiają się pytania, gdzie był Pan Bóg, gdy dochodziło do tej tragedii. Sam byłem świadkiem jak pewna osoba podczas zwiedzania obozu zagłady na Majdanku k/Lublina stawiała mówiła bluźniercze słowa: „Gdzie był Bóg, gdy ci ludzie umierali?” Stojąc nad kopcem prochów ofiar Majdanku aż się chciało powiedzieć, że jest i Jego proch pośród innych. Tymczasem prawda jest bardzo smutna. Człowiek, który odchodzi od Pana Boga, albo, gdy do Niego nie przychodzi, zostaje sam ze swoim dramatem i jest niebezpieczny dla innych. Gdyby Bartymeusz nie przyszedł do Jezusa ze swoją ślepotą, zostałby do końca życia niewidomym żebrakiem i pewnie pełnym złości wobec innych. Tymczasem on przyszedł do Jezusa. Twórcy systemów totalitarnych: hitlerowskiego czy stalinowskiego, zanim zaczęli krwawą rozprawę z człowiekiem, najpierw rozprawili się z Panem Bogiem. Dziś w naszej parafii uroczystość, która każe wrócić myślą i modlitwą do dramatu, jaki rozegrał się w Katyniu i innych miejscach, a którego autorami byli sowieccy oprawcy. Zginęło wówczas blisko 20 tysięcy wspaniałych ludzi - połowa korpusu oficerów Wojska Polskiego. Pośród nich był Jan Żak.
Co zrobić, by świat nie musiał już przeżywać takich dramatów? Trzeba to zrobić, co uczynił Bartymeusz – Przyjść do Jezusa. W cudownym przywróceniu wzroku Bartymeuszowi decydująca była postawa pokory i wiara. Ludziom naszego wieku tych cech niestety brakuje. Módlmy się o dojrzałość w wierze.
XXXIII NIEDZIELA ZWYKŁA
Każdego doświadczamy faktu przemijania. Więdną drzewa, liście żółkną i kwiaty opadają, wszystko staje się wokół szare, jakby mgliste – wtedy wiemy, że jesień się zaczęła, a po niej nastąpi zima. Nawet ptaki, które tak wrosły w nasz polski klimat, uciekają do ciepłych krajów, by tam przetrwać ten trudny czas, a wraz z wiosną znów powrócić.
Jest takie łacińskie powiedzenie „Carpe diem” – chwytaj dzień. To co jest dziś, jutro już nie będzie. O przemijaniu mówił także starożytny filozof Heraklit z Efezu, który nauczał, iż wszystko jest w ruchu, wszystko się zmienia i przemija, a każda godzina jest jak garstka puchu.
Przemijanie jest także wpisane w życie człowieka. Doświadczamy tego faktu codziennie. Patrzę w perspektywę chociażby ostatnich dwudziestu lat trwania w tej wspólnocie parafialnej. I cóż widzę? Ludzie ciągle przemijają. Wielu z tych, których spotkałem przed dwudziestu laty, już nie ma pośród nas. Patrzę na nich oczami wyobraźni, widzę ich pracę przy wznoszeniu tej świątyni, widzę jadących rowerem, samochodem, widzę ich w kościele, ale wiem, że przecież oni są już nieobecni – przeminęli, jak pora roku i koleiny dzień. Wszystko tak nas zaskakuję i smuci. W ubiegłym tygodniu na trasie z Opoczna do Radomia, w miejscowości Wieniawa, rozegrał się dramat. Wspaniały kapłan, tak dobrze mi znany, ks. Jan Wojtan, jadąc na spotkanie z nowym biskupem radomskim, ginie w wypadku samochodowym. Odpięła się przyczepa i uderzyła w nadjeżdżający samochód księdza. Wystarczyło jechać dwie sekundy wcześniej lub później i nie doszłoby do tej tragedii. Czy myślał, wyjeżdżając z Opoczna, że dziś już tutaj nie wróci? Nie znacie dnia ani godziny!
Nauka Chrystusa o przemijaniu ma jednak zupełnie inny charakter. Pan Jezus mówi, że niebo i ziemia przeminą, ale Jego Słowo nie przeminie. Ono ma charakter wieczny i niezmienny. Wszyscy ci, którzy swoje życie opierają o Słowo trwające na wieki, o Słowo Chrystusa, ci mają nadzieję wiecznego trwania. Człowiek jest wpisany w przemijanie, ale Bóg owo przemijanie ubogacił. Dał kierunek przemijaniu. Człowiek przemija, by zbliżać się do bogatszego życie, do którego zresztą został powołany.
Mądrość ewangeliczna nakazuje ciągłą gotowość na tę godzinę, która wszystko kończy, a zarazem wszystko zaczyna.
|
|