..:: o parafii >>>

..:: w Domu Pana >>>

..:: myśli z tygodnia

..:: msze święte >>>


..:: zespół caritas >


..:: grupy formacyjne

..:: schole >>>

..:: ministranci >>>

..:: foto album >>>


..:: ogłoszenia >>>


..:: aktualności >>>


..:: przemyślenia >>>


..:: odeszli od nas >


..:: kontakt >>>


..:: linki >>>

 
   
   
 

..:: Homilie ::..

..:: Rok 2006 >>>

..:: Rok A >>>

..:: Rok B >>>

..:: Rok C >>>

..:: Na różne okazje

..:: Konferencje ascetyczne adresowane do kapłanów >>>

..:: Inne materiały duszpasterskie >>>

 
   
   
 

..:: Homilie Rok B ::..

..:: wstecz ::..

   

VII NIEDZIELA ZWYKŁA / B

Ojciec święty w jednym z listów adresowanych do kapłanów na Wielki Czwartek, wspomniał o niezwykle dramatycznych sytuacjach w jakich żyli ludzie wierzący na terenie Związku Radzieckiego. Na przestrzeni wielu dziesiątków kilometrów nie było kapłana, albo był tylko jeden, który musiał obsłużyć wielki obszar. Jak trudno było doczekać się kapłana, który udzieliłby rozgrzeszenia, ochrzcił narodzone dziecko, pośredniczył w spotkaniu z Bogiem. Wstrząsające były sytuacje niedzielnych spotkań wokół „ołtarza” bez udziału kapłana. Rozkładano kapłański ornat i czytano teksty liturgiczne Mszy świętej, a gdy przychodził moment przemienienia, zapadało długie milczenie przerywane płaczem. Opisana sytuacja w jakimś sensie nawiązuje do tej, którą opisuje święty Marek w dzisiejszej Ewangelii. Niełatwo było dotrzeć do Jezusa z niesionym na noszach sparaliżowanym człowiekiem. Palca nie było gdzie wcisnąć. Ale niosący owego człowieka nie zrezygnowali. Zrobili wszystko, by stanąć przed Panem. Nie udało się wejść drzwiami, więc wykorzystali otwór w suficie. Ile było wiary w ich sercach, skoro podjęli taki wysiłek. Oni nie mieli wątpliwości, że to przyniesie oczekiwany owoc.

Zastanawiam się, ile każdy z nas, obecnych na niedzielnej Eucharystii, musiał podjąć trudu, by dziś stanąć przed obliczem Pana. Ile nas to kosztowało? Z czego zrezygnowaliśmy? Powinniśmy dziękować Panu Bogu za to, że nie musimy wchodzić przez sufit, ani spotykać się przy zamkniętych futrynach okiennych z obawy przez represjami. Nie musieliśmy też pokonywać bardzo wielu kilometrów na pieszo, ani wsiadać do zatłoczonego autobusu, by stanąć dziś na Ofierze Eucharystycznej. Wszystko tak łatwo osiągamy. Wyszliśmy po prostu na spacerek i weszliśmy przez szeroko otwarte drzwi naszej świątyni. Usiedliśmy wygodnie w ławce, a Jezus już na nas czekał. Takie wszystko łatwe i proste. Chyba gorzej jest tylko z nasza wiarą w Tego, który składa siebie w ofierze dla nas.

Powróćmy na chwilę do treści dzisiejszej Ewangelii. Ów paralityk, który doznał łaski uzdrowienia, miał szczęście posiadać w swoim otoczeniu bardzo dobrych ludzi, takich, którzy byli gotowi podjąć trud przyniesienia go do Jezusa. Sam przecież nie był w stanie tutaj dotrzeć. To oni go włożyli na nosze, wciągnęli na górę i spuścili przez otwór w sam środek pomieszczenia, przed Jezusa.

W naszej drodze do Boga bywa bardzo podobnie. To prawdziwe szczęście mieć takich ludzi wokół siebie, którzy zaniosą, albo zaprowadzą mnie do Jezusa. To jest przecież najlepsze co można zrobić dla drugiego człowieka – zanieść go do Jezusa. Jakżesz cudowne były ręce matki, które owinęły nas niegdyś w kocyk, by zanieść do świątyni na chrzest. To było nasze pierwsze spotkanie z Bogiem. Wtedy jeszcze nieświadome, ale przecież inicjujące moje dojrzałe więzi i spotkania z Bogiem. Później było mnóstwo innych, wspaniałych ludzi, którzy pomagali spotykać się z Bogiem.

Jednym z istotnych elementów wychowania człowieka jest prowadzenie go do Boga. Trzeba zawsze dziękować za takich rodziców, kapłanów, przyjaciół, którzy wiedzą w jakie ręce oddać człowieka z jego chorobami, różnymi problemami, z perspektywą wyboru powołania życiowego. Jest okazja, by podziękować za tych, którzy wskazali nam drogę do różnych wspólnot, gdzie dokonywała się nasza formacja religijna, społeczna i kulturalna, gdzie spotykaliśmy Chrystusa.

..:: wstecz ::..

 
   
   
 
copyright © parafia makowiec 2005r.