| |
..::
Homilie Rok B ::..
..::
wstecz ::..
XXVI NIEDZIELA ZWYKŁA
CHRZEŚCIJAŃSTWO. Czym
ono jest dla mnie? Chrześcijaństwo to moja religia.
W niej się urodziłem, dorastałem, uczyłem się poznawać
świat i moje miejsce w tym świecie. Chrześcijaństwo
to moja rodzina. Uczę się w niej kochać ludzi, nazywać
ich braćmi i przyjaciółmi.
Takie patrzenie na swoją
religię jest być może zbyt idealne, ale przecież w
tym znajdujemy najszczytniejsze powołanie i drogę
ku zbawieniu. Takiego patrzenia na naszą religię winniśmy
się ciągle na nowo uczyć.
Snując rozważania na
temat naszej religii, ciągle brakuje nam odpowiedzi
na niezwykle ważne pytanie: Jakie winno być moje miejsce
w chrześcijaństwie? Nie wystarczy przecież być chrześcijaninem
katolikiem, trzeba jeszcze żyć swoją wiarą. W potocznych
rozmowach, często pojawia się termin opłacalności
czegoś lub nieopłacalności. Taka motywacja staje
motorem naszych decyzji i działań. Dotyczy to sfery
gospodarczej, ale bardzo często również sfery moralnej,
bądź religijnej. To, że dotyczy sfery gospodarczej
zrozumiałe, ale jak można tak samo uzasadniać działania
moralne czy religijne? Dlaczego naukę Jezusa, naszego
Boga, zamykamy w murach naszych świątyń, nie pozwalając,
by wszedł w nasze codzienne życie religijne i moralne?
Dlaczego nie pozwalamy, by Jezus decydował o naszym
życiu i podejmowanych decyzjach? Dlaczego ciągle musimy
się obracać w kręgu ekonomicznej opłacalności lub
nieopłacalności? Ekonomia nigdy nie podpowie, że trzeba
komuś podać kubek wody za darmo, albo, że trzeba przebaczyć
człowiekowi, który naraził cię na jakąś stratę materialną.
Ekonomia ma bardzo surowy sposób rachowania. Ten sposób
rachowania nigdy nie podpowie ci, że trzeba się poświęcić,
nie spodziewając się niczego w zamian, że trzeba przyjść
z pomocą utrudzonemu bratu. Słuchając ekonomicznego
głosu, nigdy nie wybudowalibyśmy tej świątyni metodą
gospodarczą. Nie byłoby też żadnych działań charytatywnych,
ani wyjazdów z dziećmi na zawody sportowe, parafialną
oazę; nie byłoby niczego, co nie daje ekonomicznej
gwarancji zysku.
Moje miejsce w rodzinie
chrześcijańskiej wymaga, by wypełnić swoje życie Ewangelią,
wprowadzaniem jej w naszą codzienność. Moje miejsce
w chrześcijaństwie wymaga, by Chrystusowa nauka stała
się motywacją moich działań. Bardzo często w ramach
programów telewizyjnych czy radiowych, dotyczących
tzw. trudnych tematów, pojawiają się daleko idące
różnice zdań, wypowiadanych przez wyznawców tej samej
religii chrześcijańskiej. Czyżby Chrystus inaczej
mówił do niej i do niego? Czyżby inaczej mówił do
tej dziewczyny i do tamtej? Nie, Chrystus mówi do
wszystkich tak samo. Tylko my usiłujemy Go rozumieć
tak, jak jest nam wygodniej.
Moje miejsce w chrześcijaństwie
wymaga, by dać dobre świadectwo o swojej religii.
Czasem pukają do naszych drzwi dziwni ludzie. Trzymają
w ręku Biblię i chcą o niej rozmawiać. Jesteśmy na
nich źli i mamy pretensje, że nas nachodzą, że bez
upoważnienia robią zamieszanie w naszych głowach i
sercach. Czasem nam wstyd, że oni mowa tu o Świadkach
Jehowy - tak dużo, choć przewrotnie, wiedzą o Piśmie
świętym, a my tak mało albo nic. Przykro, że oni znajdują
czas na niedzielną wędrówkę od domu do domu, narażając
się przy tym na zamykanie drzwi przed nosem, my
tymczasem, nie czytamy Biblii, nie chcemy pogłębiać
swojej wiedzy religijnej, panicznie boimy się przynależności
do jakiejś grupy formacyjnej np. Kręgu Rodzin, ani
nie zachęcamy naszych dzieci, by poprzez przynależność
do takiej grupy, pogłębiały swoją wiarę i znajomość
nauki Chrystusa, naszego Pana. A jak już ktoś wpisał
się do jednej z grup, to często jest krytykowany i
wyśmiewany, bo ma trochę inne zdanie, bo nie jest
z nami, bo się wyłamał z naszego utartego świata.
Tak trudno nas zachęcić do ewangelizacji innych, do
dawania świadectwa o swojej wierze. Z drugiej strony
obserwujemy bardzo niebezpieczne zjawiska, które wszystkich
bulwersują. Oto bardzo młody chłopak, jeszcze gimnazjalista,
przychodzi niby na Mszę świętą, a stoi pod sklepem
oddalonym o 150 metrów od świątyni i uważa, że jest
na Eucharystii; inny pali papierosa pod wieżą kościelną
i też uważa, że spełnia obowiązek niedzielny. Pojawia
się pytanie: Kto ich tego nauczył? Kto ich tak zgorszył?
Kto pokazał drogę do takiego życia? Ktoś zapomniał
dać im dobrego świadectwa o wierze i miłości do Boga.
Kochani, musimy się
nauczyć brać odpowiedzialność za swój Kościół. Musimy
się nauczyć współodpowiedzialności za nasz parafialny
Kościół. To jest nasze powołanie i zarazem powinność.
Czasem trzeba nawet coś stracić, aby Chrystus mógł
w nas wzrastać.
..::
wstecz ::..
|
|